Turcja samochodem – dzień ósmy – Mamure Kalesi, Anamurion, Aspendos, Side, płonaca góra Chimaera

 

Docieramy nad morze. Jeszcze wieczorem znajdujemy bez problemu hotel. Nie ma ich tu wiele, ostatnie wielkie kurorty dla zachodniego turysty to Alanya. Dalej na wschód już tylko miejscowi. To widać w ilości hotelowych propozycji po drodze oraz w tym ile już jest nieczynnych, opuszczonych. Naszym celem jest Mamure Kalesi. Żeby przenocować trzeba jechać jeszcze dalej na wschód, do Bozyazi. Wieczorem poszukiwania lokalnych smaków kierują do małego baru, miał wiele poleceń w googlach, pyszne dania. I pierwszy oraz jedyny raz podczas wyjazdu do obiadu podany wielki, cienki placek zamiast chleba. Po raz kolejny przekonujemy się jak niewiele dla Turków znaczy pieszy. W kierunku na wschód prowadzi szeroka, czteropasmowa trasa. Ale przez tą asfaltową rzekę nie ma jednego przejścia, nie mówiąc o światłach… Trzeba szybko i ostrożnie przebiegać przez jednię. Kierowcy nie zwalniają tylko ostrzegawczo trąbią już z daleka.

Rano pora wybrać się do słynnej twierdzy. Wg przewodnika – najlepiej zachowany tego typu obiekt na całym wybrzeżu Morza Śródziemnego. Obecna budowla pochodzi z XII wieku naszej ery i została postawiona przez ormiańskich władców królestwa cylicyjskiego. Istnieją jednak dowody, że w tym samym miejscu już w III wieku przed naszą erą stały mury obronne, a z całą pewnością Rzymianie postawili tu twierdzę w III wieku naszej ery. Zamek został rozbudowany przez Seldżuków, po zajęciu tych terenów przez sułtana Alaeddina Keykobada.

Wszystkie 36 zachowanych wież zobaczymy jednak  tylko z zewnątrz. Ochrona bardzo przeprasza, że remont, że nie można na dziedziniec. Sympatyczny Turek podsuwa w rekompensacie torebkę z chlebem. Po co nam pieczywo? Dla żółwi! One już słyszą turystów, już płyną, już włażą jeden przez drugiego. To żółwie czerwonolice, czyli przywiezione z Ameryki i wypuszczone przez kogoś. Dziś zajmują kolejne terytoria i wypierają lokalne gatunki, spotyka się je nawet u nas, w Polsce. W fosie zamku Mamure Kalesi są ich setki…

Po drugiej stronie drogi starsza pani sprzedaje owoce. Proponuje jakby duże śliwki, ale bez pestek. Bierzemy kilka sztuk. W smaku jak melony … Staruszka pokazuje nam wejście do poblskiej,opuszczonej łaźni. Mroczne wnętrze a w środku kopuła z otworami przez które wpada do środka dzień. Chyba jeszcze niedawno użytkowane, widać ślady po farbie i rysunki. Auto zaparkowałem pod fukusem (Ficus elastica). Tak, mamy taka roślinkę w domu i ma już prawie metr wysokości. Tutaj w cieniu korony zmieściło się całe auto.

Bardzo blisko, tuż pod miastem Anamur drogowskaz do kolejnego, niezwykłego miejsca. Miasto Anamurium zwane również Anamurionem to morze antycznych ruin. Założone przez Fenicjan, potem pod panowaniem rzymskim i naturalną koleją rzeczy w składzie Cesarstwa Bizantyjskiego. Z tego ostatniego okresu pochodzi większość zachowanych budowli. Nie wiadomo dlaczego w VII w n.e. je opuszczono. Niektórzy winią za to arabskich piratów, inni trzęsienie ziemi z 580r po którym mogło już nie wrócić do dawnej chwały. A wielkie i potężne na pewno było. Przynajmniej ogrom i wielkość budowli tak to pokazują. Jest upał jak w piekle, podjeżdżamy wąska drogą, potem opłata za wejście i unosi sie szlaban który zamyka jedyna drogę do miasta. Pomimo upiornego gorąca szwędamy sie między starożytnymi budowlami oglądając opustoszałe grobowce, łaźnie z mozaikami, akwedukt, wysokie miejskie mury…

Dalsza droga powiedzie główną, nadmorska trasą D400 w kierunku na Alanye, Manavgat z ruinami antycznego miasta Side, Antalye i Kemer. I jeszcze dalej. Na początku droga jak zwykle czteropasmowa, pnie sie w góry dając nam niesamowite widoki na morze, okoliczne zatoki oraz wszechobecne uprawy bananów. W przydrożnym straganie wielkie ich kiście zachęcają do skorzystania z ich słodkiego wnętrza. Jemy banany, gorącą kukurydzę, robie zdjęcia. Sprzedawca drze sie i macha rękami, nie wiem o co mu chodzi. Gdy podchodzę bliżej dumnie wypina pierś i chce żeby go fotografować. Jest więc i zdjęcie jego kramu…

Dalsza podróż to niezbyt miłe wspomnienia z przedzierania się przez nadmorskie kurorty.  Szerokie wstążki asfaltu tną miejscowości, tak jak i gdzie indziej bez szansy dla pieszych, biegają więc oni bezładnie po jezdni przechodząc z hoteli ulokowanych jeden za drugim ku plażom. Antyczne miasto Side zobaczę tylko przez szybę. Wbijamy się w miejski gwar i nie ma gdzie zostawić auta, można tylko wjechać, poprzepychać sie chwile i odjechać…

W pobliżu jest za to miejsce, w którym znaleźć można najlepiej na świecie zachowany teatr z czasów rzymskich. Aspendos to pozostałości antycznego miasta z okresu greckiego i rzymskiego. Według tradycji greckiej założyli je koloniści przybyli z Argos (Peloponez) pod dowództwem Mopsosa około 1000 roku p.n.e. Miasto to nie tylko wspaniały teatr ale też ruiny akweduktu, stadionu, bazyliki, agory… Jednak to właśnie teatr wabi tu tysiące turystów. Jego widownia o średnicy 96 metrów, mogła pomieścić około 7 tysięcy osób. Co ciekawe, pomimo że wzniesiono go już w okresie rzymskim, posiada wiele cech charakteryzujących teatry greckie, takich jak półkolisty kształt widowni czy ulokowanie na zboczu wzgórza.  Cechą typowo rzymską natomiast jest uzyskany efekt całkowitego odcięcia widzów od świata zewnętrznego, poprzez zasłonięcie widoku na okolicę budynkiem skene.

Jeszcze na chwilę wpadniemy do Antalyi. Sercem miasta jest jego najstarsza część czyli dzielnica Kaleiçi, usadowiona nad zabytkowym portem, pamiętającym okres rzymski. Chcieliśmy chociaż przejechać się ulicą Atatürka, która wiedzie wzdłuż zabytkowych murów obronnych, w tym – słynnej Bramy Hadriana. Antalya to jednak milionowa metropolia. Utknęliśmy w niej jak rodzynki w cieście i po dłuższym przebijaniu się jego zakorkowanymi ulicami powiedziałem dość. Był sobotni wieczór, miasto wprost przesycone tłumami chętnymi na wieczorne, miejskie atrakcje. Poza wodospadem, który znajduje się na obrzeżach nie zobaczyliśmy więc nic ciekawego, zachowując w pamięci tylko leniwą rzekę aut i odgłos klaksonów.

Do celu, czyli miejscowości Ulupinar, już za Kemerem docieramy po zmroku. Weekend, trudno znaleźć coś do przenocowania, jednak po którejś tam próbie mamy łóżko i możemy pomyśleć po co tu właściwie przyjechaliśmy.  Yanartaş – płonące skały, znaleźć można na końcu drogi wiodącej ku górze Chimaera. Wspominał już o nich Pliniusz Starszy w swojej Historia Natulalis. Kiedyś podobno płomienie palących się gazowych oparów były tak duże, że widziano je ze statków przypływających do pobliskiego, starożytnego miasta  Olympos. Dziś w tłumie nocnych wędrowców, z latarkami idziemy skalna ścieżką sprawdzić czy nadal płoną… Może nie tak obficie jak w starożytności ale u kresu drogi całe zbocze upstrzone jest cienkimi stróżkami gorących języków ognia. Noc pozwala na obserwowanie jasnych płomieni wiec porę na taką wycieczkę mieliśmy najlepszą.

Jutro wąwóz Saklikent!

CZYTAJ TEŻ

Pozostałe wpisy