Turcja samochodem – dzień drugi – Polonezköy i Safranbolu

Kolejny dzień tureckiej przygody. Mamy niedzielę, więc ruch na mieście niewielki, głownie zółte taksówki w przeogromnej ilosci.  Wyjazd ze Stambułu byłby łatwy gdyby nie remont Mostu Bosforskiego. Cztery pasy muszą gwałtownie zbiec się do jednej nitki, ruch spowalnia bardzo. Potem już jest zupełnie łatwo i już za chwile jesteśmy w osadzie założonej przez Adama Czartoryskiego w połowie XIXw.

Polonezköy

Niegdyś nazywała się Adampol (od imienia założyciela), dzisiejsza nazwa w tłumaczeniu oznacza „polska wieś”. Ślady tej polskości znajdziemy wszędzie. Na cmentarzu, gdzie polskie nazwiska wśród krzyży, pod domem kultury z kamieniem upamiętniającym założyciela, w domu Cioci Zosi, który obecnie jest muzeum. Dom Pamięci Zofii Ryży otwiera nam młody Turek, pyta o wersje językową przewodnika audio (nie zna słowa po polsku) i wśród starych fotografii i pamiątek sączy się historia ludzi którzy budowali to miejsce: uciekinierów z kraju po powstaniu listopadowym, jeńców z rosyjskiej armii, z przymusowego poboru, wykupionych z niewoli tureckiej i czerkieskiej. Od tego czasu wiele się zmieniło. Adampol nie jest już pustkowiem jak na starych zdjęciach, ale aż kipi od zieloności drzew. I Polaków juz tu coraz mniej. Po przekazaniu im własności ziemi w latach 70-tych (wcześniej była dzierżawiona) wielu sprzedało domy i wyjechało. W samym centrum znajdziecie jednak miejsca gdzie nadal mówi się po polsku. Jedno z nich to Pensjonat Rodziny Ryży, drugie – gospoda w której zjeść można pyszne lody czy naleśniki.

 

Po wyjeździe z osady – zaskoczenie. Jest pięknie, zielono i przy strumieniu przy którym i Adampol się znajduje – miejsca piknikowe. Tzn. jedno za drugim ogrodzone place na których poustawiano mniej lub bardziej fantazyjne stoliki. Tu tradycja wyjazdów za miasto i rodzinnego piknikowania kwitnie.

 

Safranbolu

Do miasteczka przybywamy wieczorem. Początkowo skuszeni jakością autostrad  mkniemy jednym z czterech pasów ale potem zjeżdżamy w lokalne drogi. Nieprzyjemne doznanie. Kto chciałby jechać po asfalcie polanym smołą, na który zapomniano wysypać kamienie?  Wysmołowane boki auta na szczęście da się potem zmyć na wysokociśnieniowej myjce. Samo miasteczko ma swoja nową część, oraz tą starą, z białymi domami z ciemnobrązowymi okiennicami i czerwonymi od dachówek dachami. Zamieszkamy w historycznym centrum, bardzo niedaleko od karawanseraju Cinci Hanı (1648 rok), meczetu Köprülü Mehmet Paşa (1661 rok) czy wciąż działającej tradycyjnej łaźni miejskiej Cinci Hamam. Pomimo wakacyjnej pory nie ma problemów z noclegiem. Zatrzymujemy się w pobliżu meczetu Dagdelen Camii z 1765r, obok którego znajduje sie pensjonat wolne i pokoje. Pobliski targ zaskakuje ilością szyldów z chińskimi napisami. Nic dziwnego, rano przyjeżdżają tu autokary, z których wysypują się tłumnie skośnoocy turyści. Maja tylko kilka chwil na pamiątkowe fotki i zakupy. i juz ich nie ma… Przygotowani na ten najazd sklepikarze maja przygotowane na taka okazję szyldy z chińskimi krzaczkami. Jeśli jedziecie np. do Gruzji to miasto jest po drodze, warto je zobaczyć, zatrzymać się na noc, odwiedzić jego starą cześć.

 

Jeszcze wieczorem przeciskamy się naszym Hiluxem w zabytkowych uliczkach starej części miasta. Jest wąziutko, nie wszędzie da się przejechać ale próbujemy. Już rano ciekawostka. W jednej z zabytkowych, wąskich arterii miasta meczet zbudowany na rzece, dokładnie na rzece. A u jego stóp kobieta w tradycyjnym stroju piorąca dywany.

 

Rano, przy wyjeździe z miasta ostatni rzut okiem na białe mury miasteczka i jeszcze ciekawostka, sylwetka żołnierza sporych rozmiarów wykonana ze spiżu dzielnie ściskająca M16. Takich dowodów na kult wojska i żołnierza spotkamy jeszcze w tym kraju wiele…

CDN…

CZYTAJ TEŻ

Pozostałe wpisy