Warszawa, Polska
+48 609446889
irek@bluephoto.pl

Toskańska wyprawa 2013

Ireneusz Rek Fotografia

Już po wszystkim. Stoimy w korku za Częstochową. Jakaś kraksa ciężarówki i jeszcze nie w domu. A za nami 4000 km i podróż do Toskanii. Jak to się zaczęło? Na szperaniu w sieci i poszukiwaniu fajnej bazy wypadowej czyli domek dla trojga. Taki na szczycie góry w małej miejscowości Montaio, u bram Chianti w Toskanii się wyszukał. Cena przystępna, klimat starego X-XI w zamku, basenik – zapowiada się bosssko. To jednak za parę dni.

Na początek ruszamy przez Wawe i pierwszy wieczorny postój w Grazu (link). Ciekawe, drugie co do wielkości miasto w Austrii, z architekturą gdzie nowe się ze starym miesza. Na dzień dobry nie przypadło mi jednak jakoś do gustu. To dopóki jednak dzień nie schował się za horyzontem gór by wpuścić w wąskie uliczki atmosferę wieczornych świateł, kawiarnianego klimatu zabawy i spotkań. Łazimy do późna. Przyjemny wieczór.

Rano rozpędzamy się i kilometry szybko uciekają. Postoje realizowane na austriackich parkingach bardzo przyjemne. Bo miejsc parkingowych dużo, bo toalety i ławeczki. I rozłożyć się z biwakiem jest gdzie. Zatankowane paliwo w Grazu → najtańsze podczas całego wyjazdu. Tylko 1,399 Eu za litr. Potem będzie tylko drożej, bliżej 1,70 lub więcej.

Dzień mamy zakończyć w San Marino. Kilometrów nie jest dużo, powinniśmy być wcześnie ale nie będziemy. Na trasie na na Rimini korek. Niby omijamy bokami ale wszyscy omijają i jedzie się ciężko. I jeszcze szybka przekąska w amerykańskim barze z literka M. Lokalnie → sałatki z makaronem :). U nas tego nie dają …

Podjeżdżamy do miasta skrótami przez pola i widok na górę jest przepiękny.

San Marino zaskakuje bardzo pozytywnie. Organizacja, ład i porządek. I ludzi niewiele bo turyści z uzdrowisk nadmorskim zjedli tu obiad, zrobili zakupy i już pija drinki w swoich hotelach. Słońce zachodzi krwawo nad górami. Z miejskich murów widać światła kurortów i połyskujący blask morza… Cisza, spokój mało ludzi… bosko.

Rano jeszcze zwiedzamy zabytkowe wieże i mury i obiad żeby zdążyć przed 13 zanim przyjadą tłumy. I już nas nie ma ….

W drodze paliwko na stacji SHELLa. Ludzie tankują ale człowieka w okienku nie ma. Siesta. Trzeba rozkminić automat. Powierzamy mu nasze euro i mamy paliwo.  Małymi, wąskimi drogami droga schodzi powoli. Ale widoki ładne i warto. I już czeka nas domek. Przejeżdżamy obok tablicy Carvigilia – brama Chianti i za parę km jesteśmy w Montaio. Trafić nie trudno, miejscowość jest na mapach nawigacji. Wyasfaltowana droga prowadzi aż na szczyt góry na której trzy domy na krzyż i kościół obok którego znajdujemy zamek. Wita nas hindus ? Doskonały angielski i rysy twarzy na pewno nie lokalne … Uprzejmy bardzo, prowadzi na pokoje a tam grube, kamienne mury, ogromny młyński kamień i basenik, wprawdzie plastikowy, jednak basenik 😉

Zwiedzamy pobliskie miasteczko Carvigila. Mają sklep sieci COOP w teatrze miejskim 8) zlokalizowany. I ładny ryneczek, i szykują się do jakiejś uroczystości czy festynu bo kramy się rozkładają, i muzyka gra. Będzie ją potem słychać wieczór cały na naszej górze. Obiadu zjeść na razie nie ma gdzie, bary i restauracje czynne OD 20tej!!! Mamy kuchnie, poradzimy sobie.

 

Następny dzień i sześć kolejnych – zwiedzamy.

ireneusz_rek_Toskania_2013___IMG_0342Nigdzie daleko. Okazało się, że daleko pojechać się nie da bo drogi wąskie i jedzie się długo i niespiesznie. Toskańskie widoki piękne ale nie uległem ich urokowi. Sporo jeździ się w zieloności lasów i egzotyki w tym tyle co w Bieszczadach. Szczególnie gdy w nawigacje wbić krótką trasę i szutrami, przez góry 30 km w siedem godzin jechać. Lasem…

Ale co najpiękniejsze tutaj to historia, gdzie się nie obruszyć stare, toskańskie miasto z zamkiem, klasztorem lub kościołem. Na przykład zaszwędawszy się do Gaiole na budynku ratusza miejscowy artysta namalował mapę z okolicznymi atrakcjami i w niewielkim oddaleniu kilkanaście ciekawych budynków ładnie odwzorował. I wszystko warto odwiedzić, i wszystko świadectwo długiej historii toskańskiej ziemii.

I jeszcze winiarnie… Bo mieszkamy przecież u wrót rejonu gdzie w pękate butelki z plecionką wlewa się to słynne, czerwone wino. Opatrzone czarnym kogutem, uznawane jest za najlepsze włoskie. Zaglądamy do jednego z takich miejsc. Stary dom zrośnięty bluszczem, wiele półek zastawionych rożnymi specjałami, w tym i oliwa w bańkach, puszkach, butelkach. Nie tanio… Gospodarz zachwala, namawia na odwiedziny i w przyszłym roku bo pokoje ma, jak wszyscy zresztą tutaj…

Zobaczymy jeszcze też najbardziej znane toskańskie miasta Sienę i San Gimignano, Ventimigilie, Cortone (Florencję, Pisę, Pistoię obeszliśmy już w innej podróżny) Pojedziemy też dalej, do Pitigliano. To już nie tak blisko więc nabieramy szybkości na autostradzie, żeby popatrzeć tylko z daleka na wyniośle górujące nad okolicą Orvieto, przemknąć przez Borghetto nad jeziorem Lago di Bolsena. A potem jeszcze Etruskie cmentarzysko w Sovanie, i bazylika z XI-XII w.

SIENA

SAN GIMIGNANO

VOLTERRA

PITIGLIANO

SOVANA – KATEDRA

SOVANA –  GROBY ETRUSKIE

LORO CIUFENNA

Gdzieś w drodze

Parę dni i już się trzeba pakować, pożegnać dzwony kościelne które między 7 a 21 odmierzały nam czas w Montaio.

Ale nie wyjedziemy jeszcze całkiem… jeszcze w drodze powrotnej zajrzymy do Vinci. Tego Vinci w którym zamieszkiwał słynny Leonardo. Popatrzeć z wysokości wieży na okolice, zajrzeć do muzeum poświęconego jego wynalazkom.

Po drodze drogowskaz na Santuario di San Bernardino. Droga nam się kończy, remont więc zaglądamy do sanktuarium. To kolejne małe miasteczko zawieszone gdzieś w skałach z XIX wiecznym kościołem. Plac, przystanek autobusowy, bar i…. puste domy. Tu już nikt nie mieszka, kolejne opuszczone mieszkania są przerabiane na lokum dla turystów. I w takim jednym znajdujemy nocleg.Potem dalej na na La Specje i jeszcze dalej do Cinque Terre. Widok na zatokę i miasto przecudowny. Zatrzymujemy się i tak jak dotychczas wyjmujemy miejscowe pieczywo, mortadele ser i zajadamy te przekąski zastępujące brak otwartych restauracji w porze sjesty. Na słynne, nadmorskie miasta Monterosso, Vernazza, Riomaggiore, Corniglia i Manarola popatrzymy tylko z daleka. Szlaban na wjeździe (tylko dla mieszkańców i gości) i bez parkingu.

CINQUE TERRE

Opuszczamy Włochy. W drodze zahaczymy jeszcze Satbbionete. W popołudniowej porze pusto tu pusto, mało turystów, zero miejscowych. Założone to miasto w XVI w zbudowane zostało „na raz” od razu w myśli renesansowych zasad idealnego miasta. Całość zamknięta w bastionach, regularnie rozplanowana. Na jednej z uliczek starszy pan zaprasza do antykwariatu. To książę Moretti. W ładnie odnowionej kamienicy ma naukładane w stosy antykwaryczne skarby które po kolei pokazuje, pokazuje, pokazuje… Na szczęście pojawili się nowi ciekawscy bo starszy pan nie chciał nas wypuścić… (link)

Noc planowaliśmy w Salzburgu, nie udało się dojechać. A więc z autostrady i pierwsza miejscowość z brzegu i już jesteśmy w gospodzie w KirchbichlTyrol, 200 letnia historia, ciemne piwo… 

***

Nad ranem już autostrada.

I tak ciągiem aż do późnej nocnej godziny

I już witamy się z opuszczonym na prawie dwa tygodnie futrzakiem.

I porozkładać tylko rzeczy

I pozostaje powspominać, pomarzyć o następnym wyjeździe gdzieś daleko, gdzie codzienność daje się zapomnieć wśród egzotyki i uroków nowo poznanych okoliczności …

CZYTAJ TEŻ