Turcja samochodem – dzień jedenasty, Pamukkale, Hierapolis, Karahayit, Güney Şelalesi

Pamukkale czyli w tłumaczeniu „Bawełniana twierdza” w porannym słońcu wygląda dość nierealistycznie. W naturze, taki stok skrzący się od białości nam zdarza zobaczyć gdy przyprószy śnieg. Miejscowi jednak mają „bawełniane” skojarzenia, wszak temperatura, nawet zimą nie spada tu poniżej zera. Położone w dolinie Cürüksu, niezwykłe formacje, to efekt wypływających z góry Cökelez gorących źródeł wody, bogatych w związki wapnia. Znane już od starożytności, bo pierwsze znane miasto zwane Cydrara powstało tu około 500 r. p.n.e. Dziś obowiązkowy punkt wielu hotelowych wycieczek po Turcji. To z tego powodu zaplanowaliśmy, że zostaniemy tu na noc. Wapienne zbocza góry zobaczymy bez towarzystwa które wysypie się dziesiątkami z wnętrz klimatyzowanych autobusów wycieczkowych.

 

 

Pomimo wczesnej pory (otwierają o 8-mej) ruch już jest. Bilety, niestety nie tanie, 60 lira za osobę, potem konieczność zdjęcia butów i możemy wspinać się po łagodnym zboczu ku szczytowi góry. Idzie sie boleśnie, skała jest szorstka i poznaczona drobniutką siateczką ostrego, wapiennego wzoru. Nowa trasa, wytyczona w 1997r. po utworzeniu tu Parku Narodowego  biegnie z dala od niesamowitych wapiennych mis. Za dużo chętnych stóp do wydeptywania cennych przyrodniczo form. Dziś, pójść można po łagodnym zboczu, pomoczyć nogi w sztucznych basenach czy zanurzyć się w wykutym strumieniu doprowadzającym wodę. Wiele czujnych oczu patrzy, żeby nikt nie pomyślał nawet o zejściu ze ścieżki. Co zobaczymy? Baseny wody termalnej, ukształtowane w formie tarasów o fantazyjnych, nieregularnych kształtach, przez które przelewa się błękitna woda. O ile jest w nich woda… Jej bieg nie jest obecnie naturalny a sterowany przez pracowników parku, napełniają wiec oni przede wszystkim te sztuczne zbiorniki dla turystów, naturalne, w większości są puste…

 

 

Kiedyś na szczycie znajdowały się hotele. Zużywały jednak bardzo dużo wody przez co były przyczyną wysychania źródeł wody termalnej i niszczenia naturalnych tarasów. W utworzonym Parku Narodowym, nie było już dla nich miejsca, zamknięto je i rozebrano.

Na górze na zmęczonych turystów czekają za to stragany, bary, pamiątki. Wszystko w cenach adekwatnych do rangi miejsca, czyli bardzo drogooooo. Gdy już obejdziemy widokowy taras wiodący wzdłuż zbocza, pora zobaczyć coś więcej: ruiny Hierapolis. Założone najprawdopodobniej przez króla Pergamonu Eumenesa II na początku II wieku p.n.e. swoją nazwę wywodzi od Hiery, żony Telefosa, króla Myzji, któremu oddawano w Pergamonie cześć jako herosowi i legendarnemu założycielowi. Jednak to co przyciągało do tego miejsca było też jego przekleństwem. Cieple wody termalne wypływają z góry nie bez powodu, znajduje się ona na uskoku tektonicznym, przez co nie raz już to co zbudowali tu ludzie zostało zniszczone. Tak było w roku 17 p.n.e. gdy silne trzęsienie ziemi zrujnowało całe miasto. Odbudowane już jako miasto rzymskie, ponownie legło w gruzach w roku 60, za panowania Nerona. Jego historia zakończyła się w roku 1354 również trzęsieniem ziemi. Wówczas nie podniosło się już z ruin. Do jego upadku przyczyniła się wojna Bizancjum z Seldżukami (XI wiek) oraz późniejsza ekspansja osadników na teren Anatolii. A za panowania Konstantyna Wielkiego była przecież stolicą Frygii i ważnym ośrodkiem chrześcijaństwa.

 

 

Hierapolis, jak każde typowe miasto starożytne, mogło pochwalić się świątyniami, teatrem, rynkiem – nazywanym wówczas agorą oraz łaźniami publicznymi. Pozostałości tych budowli zobaczymy przechadzając się pośród ruin. Dojdziemy również do Martyrium św. Filipa zbudowanego na przełomie IV i V wieku w miejscu gdzie w 80 roku męczeńską śmierć poniósł apostoł Filip. Dziś po budowli, na planie ośmiokąta pozostały tylko fragmenty ścian. Kiedyś przykrywała je kopuła wykonana z drewna i ołowiu.

 

 

Gdzie dalej? Przewodnik wspomina, że w miejscowości Karahayit znaleźć można podobne do Pamukkale tarasy, choć mniej popularne i dzięki temu nie tak mocno oblegane. I rzeczywiście, w parku, w jego centrum jest piramidka, tym razem brązowych od związków żelaza, sodu i magnezu basenów.  Nie tak imponująca, daje możliwość jakiej nie mamy wcześniej, spacer wprost w leczniczych nieckach. Woda im wyżej, tym bardziej ciepła. W otworze na szczycie z którego wypływa aż dymi od pary i gorąca.

 

 

Małe to miasteczko zapamiętam jeszcze ze względu na Fiata 126p. Odrobinę zdezelowany, stał się przyczynkiem do zawarcie znajomości z właścicielem, który widząc zainteresowanie autem chętnie otwiera, pokazuje co ma.

 

 

Wąskimi nitkami asfaltów pojedziemy dalej, tym razem szukać wodospadów Güney Şelalesi. Droga pnie się w górę, robi się przyjemnie chłodniej. Nie tak łatwo tu trafić, droga jest słabo oznaczona. Na miejscu parking i krótki spacer do zboczy góry Cindere, z którego wypływa woda. Jest sucho, nie padało od dawna więc pióropusz wody nie jest zbyt efektowny. A przecież tureckie strony wspominają, że przesycona wapieniem woda, wypływająca z jaskini Damlataş spływa niczym welon panny młodej…

 

 

Naszym celem na dziś jest miasto Selçuk. Początkowo przemy ku niemu lokalnymi drogami, by zjechać jednak na główną  E87 na Izmir. Plan zakłada zjazd do jednego z miast po drodze celem wymiany euro na lokalny pieniądz. Miasto Efeler wydaje się do tego odpowiednie. Spore, ma wiele banków i centrum handlowe. Wybieram to ostatnie, że względu na łatwość zaparkowania. Bardzo nowoczesny obiekt, z wieloma sklepami znanych marek zaskakuje szczegółową kontrolą pirotechniczna auta na wjeździe. Potem również nie jest łatwo, w wejściu ochrona, bramki, wykrywacze metalu… W końcu maja tu wojnę bardzo niedaleko.  Trzy lata wcześniej, w Ankarze wybuchły bomby…  Niestety kantoru brak… Parę kroków dalej jest jednak bank. Jest tuż przed zamknięciem ale ile może trwać wymiana pieniędzy? Długo… Na początek powrót do auta, bo oprócz gotówki i chęci, trzeba mieć również paszport. Potem formularze, podpisy, sprawdzanie. Dwa banknoty miały uszkodzenia, nic wielkiego lekkie rozdarcie na zagięciu, dosłownie 2mm. Niestety nie przyjęto ich. I tak zeszło pół godziny. Wyszedłem kilkanaście minut po zamknięciu banku.

 

 

W Selçuku lądujemy juz wieczorem. Poszukamy hotelu w pobliżu najstarszego w Turcji Meczetu İsa Bey  oraz Bazyliki św. Jana. Późna pora skutkuje tym, że miejsca te są ciche i opuszczone. Wydaje się, że latem nie przyjeżdża ty zbyt wiele osób.  W obiekcie który zaoferował nam nocleg jesteśmy sami. Dawno też chyba nie było nikogo w pokoju, nad wejściem do niego jaskółki ukleiły gniazdo. Nikt im nie przeszkadzał…

 

 

Dzień zakończymy jako jedyni goście w pobliskiej restauracji. Sympatyczny właściciel, przynosi zamówione pyszności, wszystko wyśmienite, świeże. Jutro obejrzymy miasto, jutro przyjdzie pora na antyczny Efez….

 

CZYTAJ TEŻ

Pozostałe wpisy