Ten wyjazd będzie inny. Nie bezdrożami, przeciskając się z dala od cywilizacji ale zaledwie bocznymi drogami, niespiesznie, za kierownicą malucha jakim jest toyotowe Aygo Cross. Czy nie za małe? Dla dwóch osób wystarczające. Czy nie za słabe? Jednolitrowy silnik nie pozwala na szaleństwa ale żeby poszukać przygody wystarczający. W podróży będziemy 8 dni. Dojedziemy na wyspę Rømø, miasta Ribe, urwiska Bovbjerg, Parku Narodowego Isbjerg, zatopionych bunkrów w Bulbjerg, szalonych wydm Rabjerg Mile, półwysep Grenen, Aalborga, Kurhanu króla Gorma w Skovgarden i wielu innych ciekawych miejsc. W sumie ponad 3000 km w drodze.

Dzień Pierwszy – 1100 km do Møgeltønder
Jedziemy niespiesznie. Jedziemy też nadkładając kilometrów przez Szczecin ze względu na fakt wzmożonych kontroli niemieckich na krótszej trasie przez okolice Berlina co skutkuje tamże długim oczekiwaniem na granicy a przynajmniej tak twierdzą mapy Google. Cel to miasteczko Møgeltønder, wybrane dość przypadkowo, jednak jak wiele w naszej podróży, nieoczekiwanie zachwycające. Na miejscu po zachodzie słońca wiec to co zastaniemy zachwyci nas następnego dnia.

Dzień drugi – 100 km: Møgeltønder – Zamek Trøjborg – Ballum – Rømø – Ribe
Miasteczko wybrane od tak, że blisko granicy i tu powinniśmy dotoczyć nasze Aygo okazało się zachwycające. Møgeltønder to zaledwie 700 mieszkańców i główna, wybrukowana ulica przy której znajdujemy dom za domem stare ale ładnie odremontowane budynki kryte strzechą lub dachówką, w alei przystrzyżonych i wyglądających groteskowo lip. Møgeltønder to też kościół powstały w XIII w, który wśród surowości i prostocie tego typu budynków w Danii zachwyca niezwykła dekoracją w postaci malowideł przedstawiających Stworzenie, Mękę Pańską i Sąd Ostateczny, przepięknym ołtarzem ufundowanym przez hrabiego Otto Didrika, hrabiego von Schack w XVII wieku. Będąc na półwyspie Jutlandzkim w innych świątyniach nie widzieliśmy drugiej, chociażby podobnie zdobnej wewnątrz. Wokół kościoła znajdziemy jeszcze coś dla nas niezwykłego czyli bardzo surowy w formie, prosty cmentarz z pochówkami w postaci kamienia z napisem położonego na wysypanej kamykami parceli. Piękne i proste w formie.

Co ciekawe świątynia od 1970 roku jest własnością prywatną (jest otwarta, można wejść o dowolnej porze). Współcześnie miejsce to znane jest ze ślubu najmłodszego syna królowej Małgorzaty II: księcia Joachima i Marie Cavallier (24 maja 2008 roku).

Kolejnym wartym odwiedzenia miejscem tutaj jest Zamek Schackenborg. Zbudowany w XIII dla biskupa Ribe po reformacji w 1536 roku przeszedł na własność króla, który w 1661 roku przekazał go Hansowi Schackowi. To niesamowite, że rodzina ta zamieszkiwała tu przez 11 pokoleń aż 1978 roku. W 1993 roku zamek przejął Książę Joachim i wówczas zamieszkała w nim Księżniczka Marie. Obecne budynki w stylu barokowym powstały w połowie lat 60. XVII wieku. Brama posiadłości na co dzień jest otwarta, dzięki czemu można zwiedzić okalający posiadłość park oraz popatrzeć z bliska na zabytkowe budynki.

To co znajdziemy w Zamku Trøjborg dziś to ruiny, ze szczątkami renesansowego zamku zbudowanego około 1580 r. Wcześniej znajdowała się tu twierdza z XIV w którą Król Fryderyk II podarował Danielowi Rantzau jako dowód wdzięczności za jego zasługi w wojnach szwedzkich. Po wymarciu rodu Rantzau w 1658 roku zamek stopniowo popadł w ruinę. Kolejni właściciele zamku próbowali podarować go królowi, jednak wobec braku zainteresowania posiadłością podjęli w 1854 roku decyzje o jego rozbiórce i sprzedaży w ten sposób pozyskanej cegły. Gdyby nie zawalenie się mostu na fosie do dziś nie zostałby tu kamień na kamieniu. To co pozostało można oglądać bezpłatnie codziennie między 8 za zachodem słońca.

Naszym autem jedziemy bocznymi drogami ciągle zachwycając się tutejszą architekturą, zadbanymi domami krytymi strzechą, małymi miasteczkami, starymi farmami rozrzuconymi wśród bezkresu płaskiego po horyzont kraju. I wśród tego krajobrazu miga wioska. Ballum. Biała bryła tutejszego, romańskiego kościoła powstała pierwotnie w 1150r. Późnogotycką wieżę z czerwonej cegły dobudowano około 1500 roku. Wewnątrz znajdziemy nawę główną z około 1200 roku. Co jeszcze znajdziemy w Ballum? Zabytkowy sąd z 1788 roku, wykorzystywany później jako szkoła ale również w okolicy ruiny średniowiecznego zamku, już niewidocznego na powierzchni ziemi ale badanego archeologicznie. Ballum to również kamień smutku. Według legendy upamiętnia poświecenie matki której syn w 1634 został skazany na śmierć, gdy przypadkowo zabił innego mężczyznę w bójce. Zwróciła się ona do hrabiego Schackenborg o litość a ten obiecał, że jej syn wyjdzie na wolność, jeśli uda się jej zebrać zboże z pola w ciągu jednego dnia. Matka wykonała tą pracę, choć zazwyczaj wymagało to pracy czterech dorosłych mężczyzn. Uratowała syna, jednak tego samego dnia zmarła z wycieńczenia.

Wyspa Rømø połączona jest z lądem wysoką groblą dzięki czemu asfaltowa droga wiodąca do jej centrum nie jest zalewana przez morze Wattowe tak jak w pobliskiej wyspie Mandø. A wspomniane morze to codzienny rytm pływów, tj. gwałtownego podnoszenia się poziomu wody i jego opadania. Obszar osuchów, czyli odsłoniętej po odpływie plaży ma w niektórych miejscach nawet kilka kilometrów szerokości. Wyspa Rømø jest wyjątkowa ponieważ tu można na plaże wjechać autem. Gdy docieramy do wybrzeża jest szary mglisty dzień, a droga przez piach żeby dotrzeć do morza bardzo długa. Parkując auto trzeba zrobić to bardzo uważnie, gdy nadciąga szybki przypływ przyroda nie żartuje i może utopić auto. Prędkość przypływu osiąga średnio 1 km/h, ale podczas burz może zwiększyć się nawet do 1 m/s.

Rømø to nie tylko plaża, to także rozległe wydmy porośnięte uginającymi się od wiatru trawami. Na szczyt Spidsbjerg Rømø dojdziemy już pieszo zaparkowawszy auto przy kościele św. Klemensa z 1200 roku. Pofalowany, trawisty krajobraz poprzeplatany bagnami będzie nam bardzo często towarzyszył w tej podróży, jednak pierwszy raz i pierwszego zachwytu nad taką scenerią doświadczyliśmy właśnie tutaj.

Do Ribe jednego z najstarszych miast Skandynawii docieramy już wieczorem. Robi ogromne wrażenie, z ogromna katedrą o wyglądzie przypadkowej bryły posklejanej z wielu nie pasujących części z różnych epok na środku ogromnego wybrukowanego rynku. Wszędzie stare kamieniczki i… zupełny brak przedmieść. Zabytkowe domy kończą się nagle i… już jesteśmy w podmiejskiej zieleni.

Dzień trzeci – 321 km: Ribe – Blåvandshuk – Lyngvig – Bovbjerg – Hanstholm
W średniowieczu miasto było siedzibą królów Danii, po których pozostał ślad w postaci ruin zamku do obejrzenia na przedmieściach. Było też ważnym centrum handlowym z wieloma przywilejami królewskimi, z których najstarszy pochodził z ok. 1202-14 i zwalniał mieszkańców od ceł i innych opłat za handel na terytorium całego kraju. W 1228 powstał tutaj klasztor dominikanów, a w kilka lat później prawdopodobnie pierwszy i najstarszy klasztor franciszkanów w Danii. Wspomniana na wstępie katedra z trzema wieżami z których każda jest inna powstała w miejscu pierwszego kościoła w Danii zbudowanego w 850 przez św. Ansgara, zwanego Apostołem Północy. Budowę katedry rozpoczął ok. 1150 prawdopodobnie biskup Eliasz. W 1443 koronowano w niej króla Krzysztofa III. Począwszy od XVIIw Ribe w związku ze zmianą szlaków handlowych, upadkiem znaczenia lokalnego portu ale także w wyniku wojen zaczęło tracić na znaczeniu. Zupełny jego upadek to lata 1657-1660. Jeszcze w XIII wieku liczba jego mieszkańców wynosiła ponad 5000 osób ale spadła we wspomnianym okresie do mniej niż 2000. W 1685 rozebrano zamek królewski a siedzibę władców przeniesiono do Koldyngi.

Ribe dziś to prześliczne miasteczko z ładnie odnowionymi kamieniczkami, nastawione głównie na turystykę z bardzo ciekawą atrakcją w postaci nocnego stróża, który wyrusza każdego wieczora na obchód miasta, dzierżąc w dłoniach morgensztern (kiedyś też pochodnię a później lampę). Ta tradycja znana tu od XIV wieku i praktykowana aż do 1902 została przywrócona do życia już jako atrakcja dla turystów. Od maja do października The Night Watchman przechadza się ulicami, a mieszkańcy i przyjezdni mogą do niego dołączyć, by posłuchać pieśni i opowieści przywołujących dawne czasy. Aktualne informacje znajdziecie tu >> Niestety, nie dane było nam go zobaczyć, było za wcześnie by na to liczyć.

Dzisiejszy dzień będzie dla nas dniem z latarniami. Pierwsza jaka zobaczymy to Blåvandshuk, najbardziej na zachód wysunięty tego typu obiekt w Danii. Tuż obok znajdziemy to czego w tym kraju nie brakuje, betonowe bunkry niemieckiego Wału Atlantyckiego z czasów IIWŚ a dodatkowo poligon wojskowy który akurat dziś dudni od artyleryjskich wystrzałów. Kolejna to Lyngvig, powstała po katastrofie morskiej w 1903 roku, w którym zginęło 24 marynarzy. Najpiękniej położoną jest jednak Bovbjerg. Ta malowana na brązowo, niezbyt wysoka budowla położona jest w pobliżu bardzo efektownego klifu z którego oglądamy uciekające ku zachodowi słońce podświetlające na czerwono, usadowione w nieodległym morzu turbiny wiatrowe. Ostatnia to Hanstholm, której światło tnące pionowymi strugami zamglona ciemność nocy widzimy już na koniec dnia. Ta wybudowana w latach 1842-43 konstrukcja była pierwszą latarnią soczewkową w Danii i przez pewien czas najpotężniejszą latarnią na świecie.

Dzień czwarty – 253 km: Hanstholm – Isbjerg Nationalpark Thy – Vigsø – Bulbjerg – Rubjerg Knude – Skagen
W Hanstholm spędzamy noc w hotelu o tej samej nazwie. Ciekawostką tego miejsca jest fakt że tuż przy jego wejściu ulokowany jest niemiecki schron, na parkingu kolejny i trzeci wprost w oknie pokoju który wynajmujemy. Jednak najbardziej efektowna podobno jest pobliska, niemiecka twierdza z okresu IIWŚ, zbaterią dział, której atrakcją jest przejażdżka forteczną kolejką. Tego nie doświadczyliśmy. Byliśmy za to na plaży w Vigsø pobuszować w znikających w morzu bunkrach. To tu kręcono sceny znanej komedii Gang Olsena.

Naszym małym Aygo pojedziemy też do Parku Narodowego Isbjerg. Jest on tak naprawdę dawnym dnem morskim składającym się obecnie z wydm, wrzosowisk, bagien, mokradeł i jezior. Wytyczonym, pieszym szlakiem dojdziemy na lodową górę czyli Isbjerg, najwyższy punkt w Rezerwacie Przyrody Hanstholm, wznoszący się 56 metrów nad poziomem morza. Ze względu na podejrzenia iż mogło być to miejsce kultu ludności z epoki żelaza przeprowadzono tu badania wykopaliskowe, które jednak nie potwierdziły tego przypuszczenia. Nie mniej warto wspiąć się tu by z jego wysokości popatrzeć na pofalowane krajobrazy Parku Narodowego Thys z jeziorami Vandet, Nors i odległe Morze Północne.

Będąc w Danii chcieliśmy również zobaczyć Bulbjerh czyli wapienny klif o wysokości około 47 m, który XIX duński poeta Steen Steensen Blicher określił „ jedynym klifem Jutlandii ” oraz jedynym stałym „bastionem przeciwko morzu”. Rzeczony bastion to dom dla 500 par rybitw, których gniazda poprzyklejane do stromej skały zobaczymy spacerując poniżej. Klif to też kolejne pamiątki II WŚ czyli następne betonowe schrony Wału Atlantyckiego umieszczone na jego szczycie.

W 1543 roku Cornelius Anthonisz sporządzając mapę Europy Północnej naniósł na niej miejsce które jest kolejnym naszym podróżnym celem. Mowa o Rubjerg Knude gdzie znaleźć można najwyższe i najdziksze klify ciągnące się 15 kilometrów między Lønstrup a Løkken. Ich średnia wysokość to 30-50 metrów ale maksymalna już 90 metrów. Na miejsce trzeba dość pieszo około 1500m. Na końcu tej drogi zastaniemy ogromna wydmę zdeptaną przez tysiące butów i latarnie morską. Nie jest czynna, służy za wieżę widokową. Co ciekawe, ponieważ groziło jej zawalenie, sporym nakładem środków została przeniesiona kilkadziesiąt metrów w głąb lądu.

W drodze, nieopodal Løkken znaleźć można resztki opuszczonej miejscowości o której niegdysiejszym istnieniu świadczą resztki murów i nieliczne już kamienie nagrobne cmentarza. Tutaj też zobaczyć można bardzo efektowny widok piaszczystej wydmy wdzierającej się swoją masą w zielony ląd.

Wieczór zastaje nas w Skagen, miasto obejrzymy dopiero jutro.

Dzień piaty – 159 km: Skagen – Półwysep Green – Råbjerg Mile – plaża Kandestederne – zamek Voergaard Slot – plaża Stensnæs- Aalborg
Skagen to całkiem ładne, portowe miasto ale przede wszystkim port rybacki, największy w kraju i ogromne przetwórnie od których trochę capi. Przy nabrzeżu zbudowanym w 1907 i w roku 2015 jeszcze powiększonym cumują ogromne statki rybackie ale też niespodzianka, znajdujemy tu też stare statki żaglowe o stalowych konstrukcjach kadłubów. Skagen po raz pierwszy wzmiankowano w 1299 roku, w 1413 roku wioska rybacka otrzymała prawa targowe, a w 1507 roku prawa miejskie. Swoją międzynarodową sławę miasto zawdzięcza jednak malarzom, którzy pod koniec XIX wieku uczynili z tego miejsca swoją letnią rezydencję. Obrazy Pedera Severin Krøyera, który dołączył do grupy w 1882 roku reprodukowane setki tysięcy razy stały się ikonami malarstwa Skagen.

Skagen to również latarnie budowane z powodu licznych katastrof statków: Parrot, z 1560 r.; Det Hvide Fyr z 1746 r., Skagen Fyr z 1848 r. oraz Skagen Vest z 1956 r.

To co interesujące w tej okolicy to jednak przede wszystkim przylądek Green. Ten najdalej na północ wysunięty cypel Jutlandii to miejsce gdzie spotyka się Morze Północne i Bałtyk. Ich wody ze względu na różną gęstość nie mieszają się ze sobą tworząc niesamowity spektakl napierających na siebie fal. Linia łącząca oba morza przypomina gałąź drzewa, stąd wzięła się nazwa (gren – po duńsku znaczy gałąź).

Jednak najważniejszą atrakcją dnia dziś będzie Rabjerg Mile, największa ruchoma wydma w Europie Północnej. Te pofalowane połacie piachu to około 2 km2 o wysokości 40 m nad poziomem morza. Gdy tu przybywamy wieje, wieje tak bardzo że uszkadza obiektyw aparatu (piasek dostał się do obiektywu). Wiatr, główna siła napędowa poruszania się wydmy przesuwa ją do 18 metrów rocznie. Co ciekawe teren wydmy został wykupiony przez państwo i pozostawiony przyrodzie już w 1900 r., w 1917 r. zakupiono dalsze okoliczne tereny, jednak obecnie wydma znowu oddala się od obszaru państwowego, więc pewnie znowu będzie trzeba powiększyć teren ochronny.

Wcześniej odwiedzamy jeszcze Den Tilsandede Kirke, zasypany kościół jednak nie robi takiego wrażenia. Ot samotna wieża wśród zarastających trawa piasków. Miejsce to ma jednak ciekawą historię. Wybudowano go w 1375 roku i był wówczas największym kościołem w całym Vendsyssel. Od XVI wieku budynek zaczęła zasypywać napierająca wydma. Wierni przychodzący na msze musieli dokopywać się do drzwi. Walka z piaskiem trwała do roku 1795, gdy z rozkazu króla Chrystiana VII kościół zamknięto.

Dalsza droga to nieudane odwiedziny Zamku Voergaard. Ta wybudowana w XV w twierdza obecnie jest udostępnioną do zwiedzania prywatna własnością (sobota-niedziela 11-16.00). W 1955 roku Voergaard został nabyty przez mieszkającego we Francji Duńczyka, Ejnara Oberbech-Clausena. Po IIWŚ postanowił on wrócić do rodzinnej Danii, kupił i wyremontował zamek oraz przywiózł do niego 12 wagonów z dziełami sztuki rodzinnej kolekcji. Po jego śmierci w 1963 roku zamek i zbiory zostały przekazane fundacji i udostępnione zwiedzającym.

Nieopodal, przy głównej drodze mijamy jeszcze Voer Kirke. Ten zbudowany około 1150 roku z ciosanych bloków granitowych w stylu romańskim kościół do stanu obecnego został przebudowany w XV wieku przez właścicieli pobliskiego zamku. Niestety zamknięty. Nie było nam dane zobaczyć wyeksponowanego wewnątrz, XIX w gobelinu o wymiarach 3 x 3,5 m, będącego kopią słynnego dzieła Rafaela pt. Połów ryb Piotra. Gobelin ten jest obecnie najlepiej zachowanym tego typu zabytkiem w Danii.

Dzień szósty – 264 km: Aalborg – megalit Troldkirken – Zamek Visborggaard – Grodzisko we Fyrkat – Kurhany w Jelling – pałac Haraldskær
Mamy to szczęście że spędzamy noc w hotelu usytuowanym nad samym Limfjorden. Cieśnina ta dzieli miasto na pół ale też oddziela cały północny skrawek Danii czyniąc go wyspą. Będąc tu, w samym środku miasta którego nazwę wybijano na monetach już w 1040 r nie sposób chociaż na chwilę nie zanurzyć się w gwar zabytkowych uliczek, zajrzeć do późnogotyckiego kościoła St. Budolfi z XVI w. wejść na dziedziniec zamku z XVI w. (więcej o Aalborgu >>)

Jednak to co spowodowało że zatrzymaliśmy się tutaj to Lindholm Høje, pobliska wikińska osada istniejąca tu już od V w n.e. Co znajdziemy na miejscu? Przede wszystkim zielone zbocze wzgórza upstrzone pochówkami wikińskimi, z które na powierzchni manifestują się poprzez kamienie ułożone np. w kształt łodzi, choć nie tylko. Południowa (dolna) część cmentarzyska to pochówki z 1000–1050 r n.e., czyli epoki wikingów, podczas gdy północna (wyższa) jest znacznie starsza, z V w. n.e., z nordyckiej epoki żelaza. Wprawdzie miejsce to badano już od 1889r ale duże prace archeologiczne to wykopaliska rozpoczęte dopiero w 1952r, których efektem było odsłonięcie 589 z około 700 grobów zlokalizowanych tu grobów. Odkryto tu też pozostałości zabudowań opuszczonych około 1200 roku n.e., prawdopodobnie z powodu nanoszenia piasku z zachodniego wybrzeża. W czasie swojego istnienia, ze względu na położenie i połączenia komunikacyjne osada była niewątpliwie ważnym ośrodkiem handlowym, o czym świadczą znalezione na tym terenie naczynia szklane, klejnoty i arabskie monety. Jak mieszkali tutejsi mieszkańcy, jak chowali swoich zmarłych, zabytki znalezione podczas wykopalisk można zobaczyć w lokalnym muzeum.

Przygotowując się do wyjazdu przeglądam zwykle skrupulatnie mapę aby wypatrzeć ciekawe miejsca, które zlokalizowane są przy planowanej trasie podróży. I Troldkirken właśnie objawił się jako coś innego, coś czego jeszcze w Danii nie mieliśmy okazji zobaczyć. Na miejscu znajdujemy neolityczny grobowiec składający się z nasypu otoczonego długą na 50 metrów obstawą z 47 głazów, z centralnym miejscem w postaci komnaty grobowej zbudowanej z ogromnych głazów i przykrytej płaskim kamieniem. Według archeologów to efekt pracy ludności kultury pucharów lejkowatych z 3900–2800 p.n.e.

Kolejne miejsce jakie odwiedzimy to zamek Visborggaard. Wzmianki historyczne o nim pochodzą już z połowy XIVw jednak to co zobaczymy obecnie to budynek wzniesiony przez Jakoba Enevoldsena Seefelda w latach 1575-76 i przebudowany w latach 1748-1796. Jeszcze do niedawna (w latach 1932-2017) Visborggard był ośrodkiem dla osób z zaburzeniami psychicznymi. Dziś to własność prywatna z udostępnionym do zwiedzania, 10 hektarowym parkiem.

Do Hobro, niewielkiej miejscowość położonej nad Mariagerd Fiordem docieramy już późnym popołudniem. Tym co nas tu przyciąga są usytuowane około 3 km w kierunku południowo-zachodnim pozostałości dawnego grodu Wikingów – Frykat. Ta zaprojektowana na planie idealnego koła twierdza, zbudowana pod koniec X wieku przez Haralda Sinozębego wg archeologów spłonęła wkrótce po wybudowaniu i nie została już odbudowana. Dziś do obejrzenia na miejscu jest wał obronny, miejsca po bramach umieszczonych naprzeciwko siebie, które kiedyś połączone były drewnianymi drogami, przecinającymi się pod kątem prostym dokładnie w środku fortu. W każdym z czterech kwartałów wyznaczonych przez wspomniane drogi stały cztery długie domy ułożone na planie kwadratu z mniejszym domem pośrodku. Obecnie zaznaczone są one na powierzchni w postaci białych słupków wskazujących ich położenie.
Nieopodal grodu znajdziemy rekonstrukcje wikińskiego długiego domu ale też budynku młyna wodnego pochodzącego tak naprawdę z miejscowości Ryds na Fionii i przeniesionego tu w 1962 roku.

Dla nas niedostępne (otwarte 10-16.00) ale może warte zainteresowania jest również pobliskie Stormandens Gård czyli rekonstrukcja obejmująca dziewięć domów farmy wikińskiej z około 980 roku, która pierwotnie znajdowała się we wsi Vorbasse.
Dzisiejszy dzień będzie ostatnim w Danii. Pomimo późnej pory i deszczu jedziemy więc jeszcze do Jelling, bo to tu rozpoczęła się oficjalna historia Danii. W X stuleciu, na które przypadają początki miasta, stanowiło ono siedzibę dynastii Skjoldungów, która podporządkowała sobie Jutlandię, a następnie – Fionię, Zelandię i okoliczne mniejsze wyspy. Jej założyciel, Gorm Stary, tradycyjnie uważany za pierwszego historycznego króla Danii został tu pochowany w raz z żoną w jednym z dwóch wielkich kurhanów, będących największymi obiektami tego typu w kraju. Jego syn, Harald Sinozęby, wprowadził do Danii chrześcijaństwo i zbudował tu w Xw. na ruinach świątyni pogańskiej, pierwszy, drewniany kościół. Gdy spłonął odbudowywano go dwa razy aż mniej więcej w 1100 roku wzniesiono kościół murowany który przetrwał do dziś. W 1874 roku odkryto w nim najstarsze w Danii freski, które powstały najprawdopodobniej tuż po wybudowaniu świątyni. Pod posadzką, tuż przed ołtarzem, znaleziono ludzki szkielet, najprawdopodobniej szczątki króla Gorma Starego, ponieważ komora grobowa w kurhanie z drewniana trumną odsłonięta w 1820 r. okazała się być pusta.

Przed wejściem do kościoła w Jelling znajdują się dwa kamienie runiczne. Mniejszy z nich, pochodzący z początku X wieku ufundował król Gorm Stary na cześć żony co potwierdza znajdujący się na nim napis: Król Gorm stawia ten nagrobek swojej żonie Tyrze pani Danii. Drugi, pochodzący z czasów Haralda Sinozębego ozdobiono wizerunkiem Chrystusa, które jest najstarszym tego typu przedstawieniem odnalezionym w Danii.
Jeling to też interaktywne muzeum (wejście bezpłatne, czynne 10-17.00) poświęcone Wikingom i osadzie założonej przez nich w tym miejscu ale też ciekawa struktura w postaci białych, betonowych pali, wytyczających dawny zasięg miasta.

Koniec dnia to Haraldskær czyli pałac z czasów Eryka Pomorskiego. Wg dokumentów w 1434 roku należał on do Nielsa Friisa. Jego główny budynek został wzniesiony w 1590 roku i rozbudowany w 1768 roku. Od 1969 roku jest własnością Duńskiego Towarzystwa Budownictwa Mieszkaniowego, które wykorzystuje go jako ośrodek szkoleniowy ale też wynajmuje sieci hoteli Sinatur, będącą własnością Duńskiego Stowarzyszenia Nauczycieli. I tu właśnie spędzimy ostatnia noc w Danii.































