Turcja samochodem – dzień dziewiąty – starożytna Licja

Miejscowość Ulupinar w której znajdujemy nocleg poprzedniego dnia jest malutka, ale aż przesycona hotelikami, restauracjami, atrakcjami dla turystów. Jedno, że przyciągają ich tu ognie z płonącej góry Chimaera ale drugie – też i szeroka, piaszczysta plaża. Z serdecznością żegnamy się z właścicielem pensjonatu który dał nam schronienie na ostatnia noc i szukamy dojazdu do starożytnego miasta Olympos. Prowadzi tam główna droga, długa, dookoła, przez góry. Na mapie widać że jesteśmy tuż obok i małymi ścieżkami, od plaży, też możemy się tam dostać. Brniemy naszym Hiluxem na skróty. Na początek przez bazar, miedzy ludźmi. To normalna droga, tylko chwilowo zajęta przez stragany, rozpychamy więc tłum bez litości. Potem coraz gorszym szlakiem aż na samą plażę. I koniec. Zakaz wjazdu. Jest wcześnie wiec ci, którzy za parę godzin będą tu szukać parkingu jeszcze sie nię pojawili. Zostawiamy auto. To już tylko 500 metrów pieszo wzdłuż brzegu morza. Potem ujście rzeki Goksu i jej brzegiem skierujemy się do tego co pozostało po jednym z sześciu najważniejszych miast tzw. federacji likijskiej.

Likijczycy, dzięki zajmowaniu wybrzeża praktycznie odciętego od reszty Anatolii wysokimi pasmami górskimi od zawsze cieszyli się sporą niezależnością, nawet wówczas gdy włączano ich siłą w granice wielkich imperiów. Np. na całym wybrzeżu Morza Śródziemnego, byli ostatnim obszarem który został włączony jako prowincja do Cesarstwa Rzymskiego, a nawet wówczas zachowali częściową niezależność w postaci Ligi Licyjskiej. Skąd czerpali swoja siłę i zasobność? W czasach starożytnych nie żeglowano nocą. Odcinek, jaki można było przepłynąć jednego dnia to około 230 – 260 kilometrów. Każdy statek podróżujący więc trasą wzdłuż wybrzeża Azji Mniejszej musiał zawinąć do jakiegoś licyjskiego portu. Federacja Licyjska osiągnęła ostateczną formę w okresie hellenistycznym. Wówczas Unia składała się z 23 miast, które wchodziły w skład rady. Najważniejsze z nich to Ksantos, Patara, Pinara, Tlos, Myra i właśnie Olympos.

Jak wygląda dziś miasto, które w 129 r. n.e. zostało zaszczycone wizytą cesarza Hadriana, po której przemianowano je na Hadrianopolis? Po podboju Anatolii przez Osmanów zostało całkowicie opuszczone. Obecnie wśród drzew i krzaków widać szczątki, które nie dają wyobrażenia o jego potędze. Spacerując wśród ruin wypatrzeć można starannie wybudowaną sieć kanałów, którymi obecnie nie płynie już woda gdyż znalazła sobie drogę gdzieś bokiem, rozbite i ograbione grobowce i sarkofagi, resztki murów akropolu, bazyliki, teatru, łaźni… Widać i tutaj starania obecnych władz tureckich aby uatrakcyjnić zwiedzanie. Wśród ruin wystrzelił ogromny dźwig, trwają prace budowlane…

Co jeszcze chcielibyśmy zobaczyć w Turcji? Do Miasta Myra, które będzie kolejnym przystankiem w podróży wiedzie szeroka i wygodna droga nr D400. Uciekamy z niej w mniejsze szlaki, jadąc wprost na półwysep w pobliżu miejscowości Mavikent. Droga asfaltowa kończy się i już szutrowym szlakiem przebijamy sie w okolice latarni morskiej Gelidonya. Trasa bardzo atrakcyjna widokowo, poprowadzona po stromym klifie. Okolice tą upodobali sobie wielbiciele campingowania. Po drodze mijamy wiele obiektów gdzie w cywilizowany sposób rozbić można namiot.

W Mavikent, po raz pierwszy przyjdzie nam też pojeździć po kamienistej plaży. Droga tu przebiega w pobliżu morza, wystarczy zjechać na chwile by sprawdzić jak opony dają radę w jeździe po otoczakach. Jednak dopiero osiem kilometrów na zachód, główną trasą posmakować można co znaczy jazda po tutejszych kamieniach. Z asfaltu zjeżdżamy wprost na plażę (36°16’37.5″N 30°21’34.4″E) by szutrową drogą przemieścić się wzdłuż wybrzeża. Nie jest to specjalnie trudna trasa, bardzo wiele lokalnych aut osobowych daje sobie z nią radę, jednak plaża jest na tyle długa i szeroka, że ludzie rozpierzchają sie w tej przestrzeni i nie widać ich zbyt wielu.

Główna, nadmorska trasa wystrzela swoje cztery pasma wprost na zachód, ale za miastem Finike ten luksus kończy się. Tu dopiera ja zbudują, a na razie szosa kluczy wzdłuż zakoli wybrzeża dając niesamowite widoki na skaliste wybrzeże i morze tuż zaraz, obok. Miasto Demre, nawigacja zaleca zjazd w prawo, w bardzo lokalne drogi, chwilę jazdy wzdłuż brzegów rzeki i docieramy na miejsce. Starożytna Myra, tak jak opisane wcześniej Olympos była jednym z najważniejszych miast Ligi Licyjskiej. Miasto słynie z tego, że to właśnie stąd pochodził  żyjący na przełomie III i IV wieku biskup Mikołaj, późniejszy święty. Wytrwali znajdą tu kościół, gdzie podobno został on pochowany w 343 roku n.e. Jego kości zostały w XI wieku wywiezione przez kupców włoskich do Bari. My poszukamy starożytnych pozostałości, które znaleźć można 2 km na północ od centrum Derme. Teren przygotowany jest pod najazd turystów, ogromne parkingi, ale również te bezpłatne, gdzie właściciel spodziewa się, że zrewanżujecie mu się zakupami… Samo miasto słynie z grobowców skalnych z V – IV w. p.n.e. wykutych na kształt domostw lub świątyń. W pobliżu znaleźć można też rzymski teatr (niedawno rekonstruowany). Jest to jedna z największych tego typu budowli w Licji. Obecna jego forma to efekt rzymskiej odbudowy po trzęsieniu ziemi w 141r gdy z wielkim rozmachem pobudowano wówczas nowy obiekt, o średnicy 110 m, z 36 rzędami dla widzów. O jego wielkości świadczą ogromne boczne wejścia na orchestrę czy wspaniale zdobiony budynek skene. Obecnie zdobiące go płaskorzeźby wyeksponowano przed budowlą, rozłożone na ziemi. Na wzgórzu po północno-wschodniej stronie znajdują się jeszcze najstarsze pozostałości miasta. Wznosi się tam twierdza, a raczej resztki murów na miejscu dawnego licyjskiego akropolu wybudowanego w V w. p.n.e. W mieście nie pozostał za to ślad nawet po wspaniałej świątyni bogini Artemidy. Podobno to biskup Mikołaj, walczący zawzięcie z poganami, kazał ją po barbarzyńsku zburzyć…

Patara. Dziś nasyciliśmy sie już historią i łażeniem po starożytnościach, pora na chwile oddechu. Na trasie podróży znajdujemy miejsce, które zachwalane jest jako jedna z najwspanialszych plaż w Turcji. Patara w dawnych czasach znana jako siedziba świątyni i wyroczni Apolla, zasłynęła również jako miejsce urodzin Świętego Mikołaja, biskupa pobliskiej Myry. Dziś, wioska o tej nazwie położona jest z dala od wybrzeża. Nad morze trzeba dojechać autem i wykupić bilet wstępu tylko na plaże (ważny 24h lub karnet) lub taki upoważniający doi zwiedzania. W drodze ku złotym piaskom mijamy resztki łuku triumfalnego, amfiteatru, nekropolii i łaźni… Potem parking, szeroka łacha piachu i… znak zakazujący plażowania oprócz wąskiego paska nad samym morzem. Jak się okaże, w tym miejscu, w piasku jaja składają żółwie… Patara to nie jest zaciszne miejsce opisywane w licznych relacjach jako puste i bezludne. Ludzie nabici są tu jeden obok drugiego jednak dosyć gęsto.

Koniec dnia zastaje nas w pobliżu wąwozu Saklikent. Jak zwykle trzeba znaleźć miejsce do przenocowania, ponieważ buszowanie pomiędzy stromymi ścianami  wyżłobionymi przez rzekę Dargaz pozostawimy sobie na dzień następny, dziś już zamykają. Nie jest to łatwe, w pobliżu znajdziemy wiele restauracji i sklepików ale tylko jeden camping z domkami. Na szczęście większość osób, które się tu pojawia chce pobyć tu tylko przez chwilę i pojechać dalej. To błąd. Wieczorny pobyt w tej okolicy to fantastyczne wrażenia. Wiele restauracji rozłożonych jest tak, że stoliki opływa nurt rzeki, my wybieramy taką, gdzie „po turecku”, na dywanach możemy smakować  lokalnych potraw. Obsługa od razu przynosi duże ilości chleba. Po co nam tyle? Tą wątpliwość rozwiewa stado tłustych kaczek, głośno domagające się udziału w kolacji… Kto chce może zapalić wodna fajkę i siedzieć w blasku świec do bardzo późna.

A wąwóz Saklikent? Pionowa, pęknięta głęboko skała, oznaczająca wstęp do nowej przygody już czeka. Ale to już jutro rano…

 

CZYTAJ TEŻ

Pozostałe wpisy