Warszawa, Polska
+48 609446889
irek@bluephoto.pl

Majowa przygoda – MACEDONIA!

Ireneusz Rek Fotografia

 

Macedonia. Kraj o powierzchni  naszego województwa mazowieckiego (niespełna 25 tyś km2), z zaledwie dwoma milionami mieszkańców. Lokalizacja?  Po drodze do Grecji i Albanii. Wiosek jest jeden, za szybko można go przejechać by ci którzy szukają przygody pomyśleli że warto zostać tu na dłużej. A to błąd! Macedonia pełna jest miejsc które mogą zachwycić zarówno tych, którzy szukają wrażeń w przeprawach terenowych jak i pasjonatów historycznych pamiątek.

 

 

Jaka jest Macedonia… Gdy spędzi się tu kilka dni zauważa się sprawy niewidoczne dla tych którzy przemierzają ten kraj szybko, podziwiając go tylko z wysokości samochodowych okien na głównych drogach. Pierwsza sprawa to potrzeba budowania narodowej świadomości. Czy wiecie, że w Ochrydzie zburzono XVw. meczet by w tym miejscu zbudować na nowo uniwersytet  św. Klimenta? Miejsce to jest ważne dla Macedończyków ponieważ wyprzedził on powstanie Uniwersytetu w Bolonii o ponad sto lat! Tu św. Kliment pracował nad uproszczeniem głagolicy i w efekcie – stworzył cyrylicę, która przetrwała do dziś. Pierwsza flaga niezależnej Macedonii zawierała niegdyś tzw. gwiazdę z Werginy, znajdowaną na grobach królów starożytnej Macedonii. Grecy zmusili Macedończyków do jej zmiany i fakt ten wpłyną na stosunek obywateli do własnego sztandaru nazywanego obecnie pogardliwe wentylatorem.

 

 

Ten kraj to też wybuchowa mieszanka kultur i narodów. Jeszcze niedawno na północy i wschodzie trwały walki z Albańczykami, dążącymi do oddzielenia się z Macedonii. Gdy pojeździcie po tych terenach zauważycie jak wiele meczetów (nowych i starych) wbija tam w niebo swoje minarety. Rejony zamieszkałe przez Albańczyków (oficjalnie 25% mieszkańców kraju) też najbardziej intensywnie się rozwijają. W oczy rzucają się całe, czerwone od nowej cegły wioski, chaotycznie budowane miasta, takie jak Tetovo, zwyczaje obserwowane w Albanii czyli wywożenie śmieci i palenie na obrzeżach wiosek. A w Bitoli na murze napisał ktoś hasło „Macedonia dla Macedończyków”…

Macedonia to miejsce jak mało gdzie, w którym legalnie można pojeździć szutrowymi drogami po Parkach Narodowych. Tu prym wiedzie Mavrowo. Przez PN Galiczica również wiedzie wiele terenowych, ciekawych dróg. Latem, warto udać się na Pelister.

To wszystko da się znaleźć i przeczytać w przewodniku czy na blogach. To wszystko od dawna chciało się zobaczyć, ale zawsze były miejsca ładniejsze, ciekawsze, bardziej interesujące. I tu na tapetę wchodzi pandemia, wiecie jaka i blokada, testy, obostrzenia. A do Macedonii da się dojechać korzystając z dobrodziejstw tranzytu w jedną dobę, bez konieczności kwarantanny czy wbijania sobie w nos patyka.

 

 

DOJAZD

Trasa z centralnej polski to prawie 1700 km i teoretycznie 17 godzin jazdy. Robimy to „na raz” wyruszając o 23.00 i docierając ostatecznie na 18 do Skopje. Po drodze potwierdza się wszystko to, na co jesteśmy przygotowani. Słowacja bez problemów, Węgrzy przywracają kontrole graniczne ale dla tranzytu nie robią problemu. Dają tylko naklejkę na szybę, w rękę wciskają mapę: trasy i stacje na których możesz się poprzebywać. Serbowie tylko paszporty i nie zadają pytań, podróżujesz gdzie chcesz chociaż teoretycznie trzeba wyjechać w ciągu 12 godzin. Macedonia niczego nie wymaga i jedyna widoczna niedogodność dnia codziennego to godzina policyjna pomiędzy 20 a 5 rano (obecnie 23-5.00).

 

 

DZIEŃ PIERWSZY – Skopje – Kanion Matka – Park Krajobrazowy Jasen – Tetovo – Park Narodowy Mavrovo

Dzień po rajdzie do Macedonii rozpoczynam spacerem po uliczkach Skopje. Jest piata rano, zza horyzontu wyłania się leciutko słońce, ulice wymiecione przez godzinę policyjną. Zabytkowe centrum sprawia wrażenie jakby ktoś tu coś chciał udowodnić. Największy i najbardziej okazały budynek to ogromne Muzeum Archeologiczne wybudowane z antycznymi akcentami. Przez rzekę Vardar przerzucono kilka pieszych mostów z czego trzy, najnowsze to jedna wielka wystawa rzeźb i narodowych bohaterów. Nawet najstarszy, kamienny most będący symbolem miasta ma obstawę w postaci spiżowych postaci na każdym z jego końców.  Na centralnym placu oczywiście góruje pomnik Aleksandra Macedońskiego.

 

 

Spacerujemy do południa po opuszczonych jeszcze uliczkach starego bazaru, twierdzy górującej nad miastem, przez ścisłe, handlowe centrum gdzie znaleźć można pomnik św. Teresy i obok nowiutką świeżo budowaną cerkiew jakby w przeciwwadze dla meczetów na drugim brzegu rzeki. Wszystko jednak zostawiamy i kierujemy się na polecany przez wszystkich Wąwóz Matka.

Jest poza  sezonem wiec możemy zaparkować właściwie przy samej tamie, ma małym parkingu. Dzień powszedni (czwartek) a mimo to jest sporo chętnych na jego atrakcje. Miejsce to powstało po zbudowaniu tamy na rzece Treska. Tafla wody niezbyt szeroko wbija się tu wprost w strome ściany pobliskich gór. Jest restauracja, pamiątki, pomost z łódkami, rowerami wodnymi, kajakami. Jest też piesza trasa wykuta wzdłuż zbiornika.  Bardzo ciekawe miejsce ale czy najciekawsze? Dla mnie to raczej kurort dla mieszkańców pobliskiej stolicy. Ładny  ale Macedonia oferuje wiele jeszcze piękniejszych miejsc.

 

 

Dalszą drogę zaplanowałem „palcem po mapie” przez góry do Tetova. Wspinamy się asfaltową, bardzo wąska drogą i w głowie narasta niepokój po co budowano taką trasę w pustkowia? Odpowiedź przychodzi po niespełna 10 km niesamowitych serpentyn i widoków. Na końcu drogi mamy bramę do Parku Krajobrazowego JASEN. Jest zamknięta wiec nawet piesze wycieczki nie wchodzą w grę… Innej drogi przez góry nie ma. Trzeba wrócić do głównej trasy.

 

 

Tetovo zaskakuje. To zamieszkałe w większości przez Albańczyków miasto aż kipi od nowej, niestety niezbyt ładnej zabudowy. Przyjechaliśmy tu właściwie tylko w jednym celu, zobaczyć słynny meczet Aladża zwany „malowanym” zbudowany w 1459. Trafiamy na porę modlitwy wiec wszystko co w jego pobliżu jest zapchane autami. Pieszy spacer daje jednak konstatacje ileż tu jest posiadłości z wysokimi murami i solidnymi bramami za którymi kryją się liczne tu ośrodki „derwiszów”. Dla tych, którzy mają więcej czasu  informacja – 8 km od miasta, we wsi Leszok przy drodze do Brezna, leży monaster św. Atanazego z dwiema cerkwiami z 1924 wysadzony przez islamskich fundamentalistów w 2001, (odbudowany), oraz pw. Matki Bożej z 1326, z zabytkowymi freskami i marmurowymi kolumnami.

 

 

Planujemy dziś dotrzeć do Monastyru Bigorskiego św. Jana Chrzciciela wiec już bez zwłoki wbijamy się po prostu na autostradę. Jej prosta i dwupasmowa kreska dociągnięta jest do miasta Gostivar, potem podróż spowalnia. Przy sztucznym jeziorze Mavrovo wydaje się, że mamy tyle czasu ze szkoda już kończyć dzień docierając do hotelu. Wbijamy się więc z lokalna drogę, wprost w szutrowe ścieżki Parku Narodowego Mavrowo. Trasa raczej dobrze utrzymana i przejedna. Nie żałuję żadnej minuty spędzonej na stromych urwiskach nad rzeka Radika. Jednak gdy docieramy do końca doliny skąd droga będzie zawracać jest już późno i zaczyna zmierzchać. Pytanie czy zdążymy przed godziną policyjną? Co za czasy… Zdążyliśmy, jednak jedyna kolację jaką zjemy to ta którą zrobimy sobie zalewając chińską zupkę wrzątkiem.

 

 

 

DZIEŃ DRUGI – Monastyr Bigorski – Park Narodowy Mavrovo – Galichnik – Hame,  gorące źródła – Ochryda

Tak się złożyło, ze początek maja, gdy tu jesteśmy to dla wyznawców prawosławia Wielkanoc. Klasztor Bigorski w Wielki Piątek to ogromny tłum wiernych ciągnących na modlitwy. Wypełniają wnętrze świątyni tak ciasno, że trudno wśród modlących przeciskać się do ikonostasu, który jest jej najcenniejszym zabytkiem. Pozostaje wsłuchiwanie się w klasztorne śpiewy i podziwianie tego co na zewnątrz. Według tutejszej kroniki z 1833 r. monaster został założony w 1020 r. przez Joana Debarskiego (Јоан Дебарски), późniejszego pierwszego arcybiskupa ochrydzkiego, w miejscu, gdzie ów wyłowił z rzeki ikonę Jana Chrzciciela. W XVI w. zniszczony przez Turków, ocalała tylko niewielka cerkiew. Ponowne odrodzenie klasztoru nastąpiło w XVIIw. Jednak to co widzimy jest ładne, równe i błyszczące. Zaledwie przed jedenastoma laty, po wielkim pożarze z 2009r. który strawił większość starych budynków po prostu zbudowano go na nowo.

 

 

Po chwili spędzonej w monastyrze debatujemy, co dalej, bo plan zakładał, że po prostu pojedziemy w kierunku Ochrydy. Wczoraj jednak gdy wracaliśmy przez park Mavrovo, końcówka trasy dała się zobaczyć tylko na tyle ile pokazały reflektory w aucie. Szkoda… Zdecydowaliśmy, pojedziemy tam znowu, tym bardziej ze mapa pokazuje iż jest droga na jeden ze szczytów (Prozaba, 1898m n.p.m.). To co zobaczymy – fantastyczne. Woda wiosną jak szalona przeciska się w białych bałwanach w dół. Stroma, szutrowa droga, wąska kreską przyklejoną do stromych zboczy daje frajdę przygody i odkrywania nowego. Docieramy do punktu na mapie nazwanego Strezymir. Jest to miejsce gdzie jeśli jesteście z namiotem możecie rozbić bezpiecznie biwak.  Znajduje się tu posterunek straży granicznej i stąd prowadzi najprostsza droga na szczyt najwyższej góry Mołdawii – Korab (2764 m n.p.m.). Podobno wiedzie stąd droga na szukany przez nas szczyt Prozaby ale… czy śniegu było za dużo, czy mapa już niedokładna, nie znajdujemy jej. Plan B zakłada dojazd do Albańskiej granicy w górę rzeki Radika. Gdy wyjedziemy z jej głębokiej doliny, gdzieś w okolicy gdzie łączy się z rzeką Astina krajobraz zmienia się radykalnie. Wokół mamy łagodny pejzaż pofalowanych wzgórz, o tej porze roku całych pożółkłych i przybielonych gdzie niegdzie śniegiem.

 

 

Dzisiejszy plan to także odwiedziny we wsi Galischnik. Jest to jedna z dwóch najstarszych i najwyżej położonych wiosek w regionie a słynie z tego, że co roku, w lipcu,  jest sceną  jednego z ciekawszych wydarzeń nie tylko w kraju, ale i na Bałkanach. To właśnie wtedy odbywa się tu Wesele w Galichniku (Galichka svadba). Skąd wzięła się cała idea? Otóż niegdyś śluby brano tu tylko w okolicach 12 lipca (dzień św. Piotra). W efekcie, w jednym momencie zaślubin i wesel mogło być nawet kilkadziesiąt. W I połowie XX w. z tradycji tej powstało całe wydarzenie, które organizowane jest aż do dziś.

 

 

Nie mamy szansy na zobaczenie tego na żywo ale planujemy odwiedzenie Muzeum Etnograficznego. Galichnik ma dobrze zachowaną tradycyjną architekturę, w tym amfiteatr na rynku wiejskim i ładne widoki. Co ciekawe niektórzy podają, że pomimo iż domów jest tu wiele, tak naprawdę niewiele osób zamieszkuje tu na stałe – większość  to tylko domy letniskowe.

Żeby tu dotrzeć trzeba nam wrócić nad sztuczne jezioro Mavrovo i potem przemieszczać się górska ale już asfaltową drogą R2238. Na samym końcu zalewu niezwykła rzecz – kościół św. Mikołaja zatopiony w wodach jeziora w 1953 roku, kiedy powstał sztuczny zbiornik. Jednak od tamtego czasu jej poziom znacznie opadł, na wiosnę tak bardzo, że odkrywa go zupełnie. Właściwie mogliśmy do niego nawet podjechać ale czas goni, patrzymy tylko z wysokości drogi. Wspina się ona szybko w górę docierając do miejsca gdzie nadal leży śnieg. Jest bardzo ciepło, wychodzimy z auta by popatrzeć na odległy zbiornik, krokusy które nieśmiało pokazują się tu i ówdzie, nasycić niesamowitym widokiem. Ale naprawdę ciekawie robi się dopiero dalej. Okolica pomimo majowej pory robi się po prostu bardzo biała od śniegu. Droga jest przejedna i zimą odśnieżana a to ze względu na nieodległy ośrodek narciarski. Efekt pracy pługów widać szczególnie w jednym z miejsc gdzie przebiły się przez chyba sześciometrową zaspę. Spotkany Macedończyk z polskimi korzeniami opowiada, że jeszcze dziś jeździł na nartach.

Sam Galischnik urzeka położeniem i mozaiką domków w tradycyjnym stylu. Jest święto wiec niestety muzeum etnograficzne jest zamknięte. Dalsza droga to kolejne kilometry drogą R2238 jednak dalej nie jest już ona asfaltowa i robi się jeszcze ciekawiej.

 

 

Potem, już asfaltem pojedziemy w kierunku miasta Debar by dotrzeć do gorących źródeł w Hame. Samo miasto, zamieszkane w większości przez Albańczyków, dynamicznie się rozwija co widać po ilości nowych budynków czy zabawnej plątaninie kabli elektrycznych wychodzących ze słupów. Źródeł nie znalazłem. Zaznaczyłem je sobie dokładnie na mapie i było miejsce, w którym  wypływała z góry woda tworząca wapienne narośle ale… nie była gorąca.

 

 

Koniec dnia zastaje nas w Ochrydzie. Staraliśmy wyrobić się przed godzina policyjną (od 21.00) i to się udało. Niepowodzeniem zakończyło się za to szukanie restauracji i kolacja. Niestety już od 20.00 wszystko było zamykane i nowych gości nie przyjmowano. Byliśmy 5 minut po 20-tej…

 

DZIEŃ TRZECI – Bay of Bondes – Monastyr sw. Nauma – Park Narodowy Galiczica.

W Ochrydzie zostaniemy dwa dni. Mamy fantastyczne lokum w samym centrum zabytkowej części miasta. Na szczęście z zagwarantowanym miejscem parkingowym bo nawet poza sezonem zdobyć parking dla auta to tu zakrawa o cud. Dojechać nie jest łatwo, górny szlaban, ten przez zabytkową bramę miejską jest wprawdzie otwarty (w sezonie trzeba mieć przepustkę na wjazd) jednak przeciskanie się w tłumie, wąskimi uliczkami, całkiem dużym autem to wyzwanie. Dziś nie zwiedzamy, to zostawimy sobie na jutro bo umówieni jesteśmy z Anią ze strony Anka Ochrydzianka, która pokaże nam Ochrydę lepiej, przecież tu mieszka.

Ruszymy za to poszukać przygody w okolicy. Wąską drogą R1301 nad jeziorem dotrzeć można do ciekawego miejsca. Bay of Bondes (zatoka kości), zobaczymy po raz pierwszy z wysokiej skarpy na brzegu. Drewniana wyspa na jeziorze. Setki pali, całość tworzy platformę na której odtworzono osadę z epoki brązu (ok.1200 -700 r. p.n.e.). Przed wejściem znajdziemy małe muzeum gdzie zobaczyć można co znaleziono tu podczas prac archeologicznych przeprowadzonych całkiem nie dawno, w  latach 1997-2005. Chatki ze ścianami wykonanymi z wikliny i uszczelniane gliną, skromne wyposażenie. Mimo wszystko warto zobaczyć to z bliska.

Na parkingu spotkanie z miejscowymi wytwórcami lokalnych produktów. Zagadują po polsku, zachwalają miody i nalewki. Mili ludzie. Takie rozmowy zawsze kończą się tak samo, coś tam zawsze kupimy i wszyscy są zadowoleni.

 

 

Dalsza droga to trasa tuż do granicy z Albanią. Zlokalizowane jest tu jedno z najważniejszych dla Mołdawian miejsc czyli Klasztor św. Nauma, ucznia Cyryla i Metodego. Był on współtwórcą ochrydzkiej szkoły piśmienniczej oraz jednego z największych ośrodków literatury i kultury słowiańskiej tamtych czasów. W klasztorze tym w 910 św. Naum został pochowany, tam też znajduje się jego grób. Współcześnie  miejsce to jest zalane potokiem turystów. Auto pozostawić można na jednym z płatnych parkingów z którego do monastyru przechodzimy dłuuugą droga handlową z przeróżnymi sklepikami. Co ciekawe, jeszcze do 1925r, miejsce to znajdowało się w granicach Albanii, dopiero po tej dacie zostało przekazane Jugosławii. Czy śladem po niegdysiejszej granicy jest spotkany, przydrożny bunkier? Kto wie…

 

 

Parki Narodowe w Macedonii są ogólno dostępne ale tylko w Galiczicy spotkaliśmy tak dokładna informację gdzie możemy pojechać. Teren podzielony jest na trzy strefy: czerwona z absolutnym zakazem wstępu, zieloną dopuszczona do poruszania się po drogach oraz żółtą ze swobodnym dostępem do terenu. Stosowna mapka i opis znajduje się na wjeździe. My pojedziemy asfaltową drogą R2332 w kierunku jeziora Prespa położonego na wysokości 967 m n.p.m. Widok z trasy bardzo ładny. Na mapach znajdziemy jeszcze drogę oznaczoną jako G-5. Wiedzie ona do miejsca gdzie zobaczyć można oba jeziora (Ochrydzkie i Prespa) jednocześnie.  Niestety, jest w zielonej strefie i brak jej na parkowej mapce dozwolonych dróg. Szkoda…

Jednak tak naprawdę przybyliśmy tu w poszukiwaniu bezdroży. Przez sam środek parku wiedzie trasa którą chcielibyśmy pokonać i zobaczyć co kryje. Odbijamy wiec w małą, lokalna drogę która początkowo jest nawet wyasfaltowana. Potem wąską i długą doliną zamkniętą po bokach niezbyt wysokimi górami posuwamy się mocno wyjeżdżonym, czerwonym szlakiem. O ile wcześniej gdy jeździliśmy przez góry, zawsze podłoże było twarde, kamieniste, tutaj jest zupełnie inaczej. Widać gdzie jeszcze niedawno wody było tak dużo że ci którzy byli tu przed nami stworzyli kolejny ślad by ominąć niebezpieczne miejsca. Cały czas jedziemy koleiną i jest ich tak wiele że ttrasa wygląda jak zaorane pole, równo skiba obok skiby… Ponieważ jest sucho trudność przejazdu stosunkowo niewielka, jednak gdyby popadało byłaby zabawa.

 

 

Droga która jedziemy wspina się w końcu do góry i pokazuje niesamowite widoki na pobliskie miasto i jezioro. Jest już późno więc nie chcąc raczyć się ponownie chińszczyzna prosto z foliowej torebki na kolację wracamy pilnie do Ochrydy. Okazało się później, że pośpiech był zbyteczny. Tego dnia państwo z powodu święta odwołało godzinę policyjną, co odczuliśmy w nocy gdy za oknem słychać było śpiewy i hałasy rozbawionych ludzi nawet grubo po północy. Jednak pyszne, lokalne jedzenie z lampką wina i widokiem na błękit nieba łączący się z wodą – to bezcenne wspomnienia, które zachowany z tego dnia.

 

DZIEŃ CZWARTY – Ochryda z Anią – Park Narodowy Pelister

Dziś spakujemy naszego Hiluxa i ruszymy dalej przeciskając się wąskimi uliczkami starego miasta. Za nim jednak wyjedziemy, na deser pobytu w Ochrydzie realizujemy zwiedzanie miejsca w którym mieszkaliśmy. Teoretycznie wieczorami spędziliśmy trochę czasu szwędając się tu i ówdzie. Po co więc przewodnik? Anka Ochrydzianka (znajdziecie ja na FB pod ta nazwą) mieszka tu i prowadzi nas w takie miejsca, o których nie mięliśmy bladego pojęcia albo przechodziliśmy i nie wiedzieliśmy nawet że warto się przy nich zatrzymać. Tak było chociażby z bramą miejską, której pozostałości, wciśnięte pomiędzy kamienice docenić można gdy zatrzyma się w biegu i zwróci uwagę, tradycyjną łodzią używaną przez mieszkańców jeszcze do niedawna a obecnie wystawiona na jednej z posesji, witryny rzemieślników ze słynnymi ochrydzkimi perłami i rubinami, resztami bazyliki rzymskiej i wieloma innymi ciekawymi miejscami które umykają jeśli nie wie się w która boczna uliczkę skręcić żeby je odkryć . Wśród tego co obejrzymy znajdą się również ochrydzkie klasyki takie jak teatr antyczny, ruiny twierdzy cara Samuela z X-XI wieku na wzgórzu, Cerkiew św. Zofii,  Cerkiew św. Jana Teologa w Kaneo, odbudowaną na miejscu zburzonego w tym celu meczetu z XVw.  cerkiew Świętego Pantelejmona z grobowcem św. Klemensa. To miasto wpisane wraz z jeziorem na listę światowego dziedzictwa UNESCO warte jest tego żeby poświęcić mu więcej niż chwilę a najlepiej z osobą, która zna je od podszewki.

 

 

To wszystko, te chwile spędzone na buszowaniu wśród atrakcji Ochrydy powodują, że w dalszą drogę wyruszamy dosyć późno. Żeby dotrzeć do kolejnego miejsca, które zamierzamy odkryć dla siebie posłużymy się już autostradą, która przyspieszy podróż. Czy na pewno? Droga oznaczona jako A3 tak naprawdę jest dwupasmową szosą, przebiegającą normalnie przez miasta. Zjeżdżamy z niej w okolicach miejscowości Rotino, wbijając się od razu w skrót oznaczony jako droga R23372. Tutaj po raz pierwszy zobaczyłem znak – „zakaz polowania”, jakiego u nas się nie uświadczy…

Tak dotrzemy do budynku Parku Narodowego Pelister, gdzie normalnie zapewne można obejrzeć wystawy, zobaczyć mapę czy przeczytać o historii tego miejsca. Brama dziś jest zamknięta, święto. Szkoda. Park należy do najstarszych w Macedonii. Utworzono go już w 1948r a jego nazwa wywodzi się od najwyższego szczytu – Pelister (2601 m n.p.m.).

 

 

Trochę niepewnie wbijamy się w szutrowy szlak, ciągnący się serpentynami do góry. Celem jest masyw Baba oraz Pasterskie Jeziorko, do których na mapie wiedzie droga. Mijana załoga w Ładzie Niva, zatrzymuje nas jednak coś tłumacząc i gestykulując. Ani w ząb nie wiem o co im chodzi… Uczynni Macedończycy wyjmują telefon i pokazują w czym rzecz – lawina na drodze. Brak przejazdu. Decydujemy się to jednak zobaczyć z bliska. Kiwają głowami z powątpiewaniem, że przecież pikap duży a droga wąska, jak zawrócimy? Na wszelki wypadek zostawiają nr telefonu, gdybyśmy próbowali się przedrzeć i się nie udało – pomogą.

Zawał na miejscu okazuje się już trochę uprzątnięty. Ktoś tu był i powycinał co większe drzewa i gałęzie, które zjechały razem ze śniegiem. Można by spróbować, wszystko twarde, powinno utrzymać auto. A jak nie? Rezygnujemy i z nie jakim trudem ale zawracamy.

Koniec dnia zastaje nas w wynajętym zawczasu lokum pod miastem Bitola. Po kilku głodnych dniach, kolejny wieczór z lokalnymi specjałami i winem… bezcenny.

 

 

DZIEŃ PIĄTY – Bitola – Kruszewo – Monastyr Treskavec – Winnica Quen Maria

W Bitoli pojawimy się w poniedziałek, tuż po Wielkanocy. Ma to swoje pozytywne i negatywne strony. Zyskujemy na parkingu, dziś jest darmowy i nie trzeba dochodzić jak obsługuje się parkometry. Tracimy, gdyż wiele ciekawych miejsc jest jednak zamkniętych, niedostępnych, nieczynnych.

Jaka jest Bitola? Ma długą historię, która zaczyna się już na przełomie er, gdy rozwija się tu Heraclea Llyncestis. Awarowie i Słowianie w VI w. przyczyniają się jednak do jego upadku. W IX w. osadnictwo tu się odradza a miasto przechodzi to w ręce, Bułgarów, Bizantyńczyków, Serbów by na dłużej zakotwiczyć się (od końca XIVw.) w imperium osmańskim. Ci ostatni nadali mu orientalny charakter budując liczne meczety, łaźnie, karawanseraje, medresy. Bitola, znana wówczas jako Manastir była jednym z największych miast europejskiej części imperium, dlatego powstały tu liczne konsulaty państw zachodnich. Nawet dziś, pomimo że jest tylko trzecim co do wielkości ośrodkiem miejskim w Macedonii znajdziecie tu 12 konsulatów, w tym brytyjski, francuski, rosyjski, turecki, ukraiński i inne.

Podróż przez Bitolę rozpoczynamy od parku w którym zlokalizowana jest osmańska wieża zegarowa oraz  pomnik Filipa II Macedońskiego. Pójdziemy głównym deptakiem miasta, ulicą Shirok Sokak, przy której znajdziemy wiele starych, stylowych domów z XVII i XIX w., kafejki, restauracje, oraz… wspomniane wcześniej konsulaty i budynek kościoła katolickiego wniesiony przez francuskich misjonarzy w 1856r.

 

 

Jedną z atrakcji miasta jest stara czarszija, czyli obszar który za panowania osmańskiego stanowił centrum handlu z którego łatwo było ściągać podatki. Male sklepiki i plątanina uliczek pozostały po tamtych czasach do dziś, jednak cały urok tego miejsca polega na kramikach i ich towarze, ludziach przewijających się i kupujących, bazarowej atmosferze. Tego wszystkiego dziś nie ma. Sklepiki są pozamykane i kolorowy asortyment nie zasłania niezadbanych, odrapanych ścian. Podobnie jest bezistenie, czyli starym, osmańskim, krytym dachem centrum handlowym. Można wejść, jednak duch tego miejsca powraca tylko gdy jest czynne.

Bitola, pomimo muzułmańskiej przeszłości jest miastem na wskroś macedońskim. Tylko tu na murze namazano hasło „Macedonia dla Macedończyków”. Bardzo ładny Meczet Ajdar Kadiego z XVIw. jeszcze do niedawna był magazynem (dopiero w 2005r odzyskał blask po remoncie), a meczet Jeni równie stary i z bogata ornamentyką jest nadal muzeum sztuki.

Dla ciekawych antycznych pamiątek, na południowym krańcu miasta, za ZOO popatrzeć można na odkryte przez archeologów ruiny Heraclea Llyncestis. Nie jest tego dużo, teatr, bazylika, ruiny. I ta słowiańska lekkość myślenia w kwestii BHP. Do przemieszczania się służą tu kładki zbudowane z leciwego drewna…

 

 

Począwszy od dziś nie będziemy już zjeżdżać z as faklu szukając offroadowych wrażeń gdzieś poza głównymi drogami. Jest po prostu zbyt wiele do zobaczenia w sporej odległości od siebie. Kruszewo, Monastyr Treskawiec, Winnica Quen Maria – 200 km w trasie.  Jednak by uciec z umownej tu autostrady przejedziemy trasą R1306. Początkowo teren jest tak równy a droga prosta, jak nigdy dotychczas w Macedonii. Ciekawie robi się dopiero przed Kruszewem gdzie wspina się serpentynami by potem równie efektownie opaść w płaski krajobraz. Samo miasteczko jest bardzo urokliwie, pełne wąskich uliczek i ładnych domków krytych dachówkami. Dla Macedończyków to miejsce szczególne, napawające narodową dumą. 2 sierpnia 1903 wybuchło pierwsze powstanie przeciwko osmańskiej władzy na Bałkanach a w Kruszewie sukces powstańców tu był największy. Udało im się wygnać Turków i ogłosić Republikę Kruszewską. Niepodległość wprawdzie trwała tylko 10 dni i została brutalnie stłumiona, ale epizod ten wspomina się nawet w hymnie macedońskim.

 

 

Kolejne kilometry prostych jak strzelił dróg doprowadza nas do miasta Prilep. Jest to również bardzo ciekawa miejscowość w czasach rzymskich znana jako Ceramia, a w bizantyjskich – Prilapon. Zobaczyć tu można wieżę zegarowa z XIX wieku, meczet z XVI wieku, liczne cerkwie z X-XV wieku, twierdze z X -XIV wieku, czy pobliski, bardzo dobrze widoczny z drogi, ulokowany na zboczu wzgórza monaster św. Michała Archanioła z X w.

 

 

Jednak celem naszej podróży jest Monaster Treskawec wzniesiony w XII-XIII w. na górze Zlatowraw. Jego nazwa oznacza miejsce, w którym stale biją pioruny. Warto tu przyjechać chociażby dla drogi, wyasfaltowanej, która wije się by osiągnąć na wysokość 1422 m n.p.m. Po pożarze w 2014r. awne budynki mieszkalne zostały odremontowane. Gorzej prezentuje się zabytkowa cerkiew, zabezpieczona rusztowaniami. Jednak warto wejść do jej środka by zobaczyć zabytkowe malowidła zdobiące jej ściany.

 

 

Koniec dnia zastaje nas w winnicy Quen Mary, założonej w 1927 roku, przez króla Aleksandra Karadjordjevica pierwszego, konstytucyjnego monarchy Serbii.  Ówcześni eksperci zaopiniowali głowie państwa ziemie w pobliżu wąwozu „Demir Kapija” jako najbardziej żyzne i idealne do uprawy winogron i produkcji wina. Jego nazwa, „Królowa Maria” wywodzi się oczywiście od imienia królewskiej małżonki, Marii Karadjordjevic. Miejsce obecnie to całkiem duży zakład produkcyjny z olbrzymimi, stalowymi zbiornikami na wino. Jednak jeśli szukamy lokalizacji gdzie można odpocząć i dobrze zjeść szczerze można je polecić.

 

 

DZIEŃ SZÓSTY – Starożytne Stobi – Winiarnia Stobi – Kokino

Bardzo trudno się nam rozstać z Macedonią. Piękne widoki, dobre wino, znakomita pogoda z temperaturami na majówkę zawsze powyżej 20 st i słońcem. Chciałoby się tu jeszcze zostać… I zostajemy. Zamiast gnać z samego rana najprostszą droga do Polski zamarudzimy w ruinach starożytnego miasta Stobi. W zapiskach historycznych Stobi pojawia się po raz pierwszy w dokumentach pochodzących z 197 roku p.n.e. Jednak wykopaliska oraz badania archeologiczne wykazały, że pierwsza osada założona została tu kulka stuleci wcześniej. Swój największy okres rozkwitu miasto przeżywało w czasach panowania rzymskiego cesarza Oktawiana Augusta, stając się jednym z największych i najważniejszych ośrodków handlowych w regionie. Wtedy też Stobi podniesione zostało do rangi stolicy rzymskiej prowincji Macedonii. Kres świetności miasta przyniosło wielkie trzęsienie ziemi jakie nawiedziło okoliczne tereny w 518 roku n.e. Z tego niegdyś imponującego miasta do czasów obecnych zachowały się jedynie rozległe ruiny oraz pozostałości niektórych budowli. Najważniejsze z nich to m.in. ruiny antycznego teatru, fundamenty pochodzącej z VI wieku n.e. bazyliki, Dom Fulonica, ruiny pałacu biskupów, fontannę, fundamenty pochodzącej z II wieku n.e. synagogi, pozostałości łaźni rzymskiej oraz baptysterium.

 

 

Kiedyś, w drodze ku greckim wakacjom już Stobi odwiedzaliśmy, jednak w ciągu lat które minęły bardzo wiele się zmieniło, przybyło zabytkowej materii do podziwiania, niektóre miejsca takie jak teatr częściowo odtworzono.

Stobi słynie również z winnic. Jak dowodzą odkrycia archeologiczne, szlachetny trunek tłoczono na tych ziemiach już 13 wieków przed Chrystusem. Winorośl uprawiano nawet w czasie długiego panowania tureckiego. W socjalistycznej Jugosławii produkcja wina została znacjonalizowana, ale uprawa winorośli pozostała w rękach prywatnych. Właściciele winnic odstawiali zebrane plony do punktów skupu, skąd kierowano je do przerobu w jednej z 13 wielkich państwowych tłocznio – fermentatornio – butelkowni. Winiarnia Stobi jest takim właśnie ogromnym kombinatem, z potężnymi zbiornikami, ale też polecaną restauracja w której sprzedawane i podawane są miejscowe wina.

 

 

Czas gdy trzeba będzie ruszyć w nieubłagany maraton pięciu stolic (Skopie-Belgrad-Budapeszt-Bratysława-Warszawa) zbliża się nieubłaganie. Do domu pozostało 1700 km i prawie dwadzieścia godzin jazdy, dzięki której unika się testów i kwarantanny. Jednak ostatni rzut na taśmę i już jesteśmy w Kokino. Obecnie uważa się że wystrzępione skały oraz platformy pomiędzy nimi były megalitycznym obserwatorium oraz miejscem kultu. Wg odkrywców znaki i nacięcia na kamieniach odkrytych w czasie prac wykopaliskowych, pozwalały badać wędrówkę słońca i księżyca na wschodnim horyzoncie, a także określić położenie słońca w trakcie równonocy oraz przesilenia zimowego i letniego. Najstarsze tu odkryte znaleziska pochodzą z XIX wieku przed Chrystusem. Zanim wdrapiecie się na szczyt Tatikjev Kamen, osiągający 1010-1030 m n.p.m. poczytać można o historii tego miejsca opisanej na tablicach informacyjnych umieszczonych po drodze.  Warto się tu wspiąć chociażby po to żeby cieszyć oczy piękną panoramą okolicy.

I to już naprawdę koniec…

 

 

 

 

 

TRASA DO POBRANIA

 

CZYTAJ TEŻ