Korsyka – pierwsze spotkanie

 

 

Mija właśnie dwa tygodnie w podróży.  Przed nami ostatnie chwile na Korsyce. Na górze Serra di Pigno w pobliżu Bastii wieje i nie zawsze coś widać. Chmury wyjątkowo kłębiaste dziś przetaczają się nad wybrzeżem przysłaniając portowe miasto, z którego jutro będzie nam dane wrócić na kontynent. Na wyspie już od 9 dni, a na liczniku auta przybyło 1600 km przemierzone z północy na południe wyspy i z powrotem.  Jaka jest z bliska ten najeżony zębami skal ląd z bliska?

Wyspa od zawsze była obiektem zainteresowań wielkich potęg. Przez jej strategiczne położenie każdy, kto akurat dominował w basenie Morza Śródziemnego chciał wyspę mieć. Grecy, Fenicjanie, Rzymianie, Wandalowie, Bizancjum, Arabowie, państwo papieskie, Aragonia, Genua, Francja. Cała lista chętnych do władania tym skrawkiem ziemi . Zbyt ważna by wywalczyć sobie samodzielność, choć  powstania narodowowyzwoleńcze wybuchały tu kilkukrotnie. Jednak to tu właśnie powołano pierwsza w Europie demokratyczna konstytucję gdy na jedna chwilę,  w latach 1755-69 Korsykanie mieli krótki oddech wolności, zabranej im w końcu przez Francuzów.  Przez Greków nazwana „Kaliste” (najpiękniejsza) zamieszkiwana jest przez ludzi którzy mają swój odrębny język  (większość językoznawców wskazuje na jego silne podobieństwo do włoskiego, a szczególnie do dialektu z rejonu Toskanii) i odrębna kulturę. Nie uważają się za Francuzów. Jadąc przez pustkowia gór, czy przeciskając w wakacyjnym tłumie na plaży nie czuje się tego podskórnego wrzenia które towarzyszy w zwykłym życiu codziennym miejscowych. A niespokojny puls wyspy najłatwiej dostrzec wypalonych wrakach aut i zamalowanych francuskich nazwach na znakach. Wyspa jest piękna ale piętno historii, duma i niekorzystna sytuacja finansowa zwykłych mieszkańców burzą wizję  wyspy szczęśliwej. W dobie braku granic i swobody jaka daje Unia Europejska trudno zrozumieć, że tak biedny region, który sam miałby problem z utrzymaniem się domaga się wolności i własnego państwa. Jednak na Korsyce są siły i ludzie którzy do tego dążą i nie przebierają w środkach. Od początku lat 70-tych ubiegłego wieku atakowano głownie przybyszów z poza wyspy którzy sie tu osiedlili i budynki będące oficjalnymi przedstawicielstwami Francji.  Apogeum terroru było zamordowanie prefekta regionu  Claude’a Érignaca w 1998 roku. Ale terroryści to nie jedyne zmartwienie wyspy. Największym jest bieda i brak perspektyw. Poza turystycznym wybrzeżem, wnętrze wyspy nie ma do zaoferowania zbyt wiele z czego dostatnio można żyć.  Z tego powodu mrzonki o niepodległości są moim zdaniem tylko zasłona dymną dla pobierania haraczy od przedsiębiorców na narodowo wyzwoleńczą działalność. Poza organizacjami takimi jak Armia Korsyki czy Korsykański Front Wyzwolenia Narodowego szerzy się tu zwyczajny bandytyzm i mafia. Nie tak trudno spotkać na poboczach tutejszych dróg spalone wraki aut czy maszyn budowlanych tych którzy nie chcieli zapłacić. A państwo francuskie dokłada do utrzymania wyspy i nie chce dołożyć więcej żeby wzmocnić siły policyjne aby sobie z tym problemem poradzić. Nie bez powodu wyspa jest regionem z najwyższym odsetkiem morderstw w całej Unii Europejskiej. Nie ma też zgody na większa autonomię. Rząd centralny nie chce otwierać furtki, którą podążyć mogą inne regiony kraju.

DZIEŃ PIERWSZY – Bastia, Plage Negro, Nonza, Saint Frolrent

To wszystko są to jednak problemy i troski Korsykan. Turyści lepiący babki z piasku na plażach czy chłodzący się od upału w górskich potokach mało zdają sobie sprawę z dziejących sie tutaj tragedii. Także do naszej świadomości trudno docierają tego typu fakty, zderzone z pięknem otaczających krajobrazów, beztroską wakacji.  Dla nas pierwszym spotkaniem z wyspą jest szeroko otwarty luk promu w portowym mieście Bastia. Pierwsze spotkanie Korsyką, Place Saint-Nicolas z pomnikiem Napoleona stylizowanym na rzymskiego cesarza i spacer ku twierdzy z XVIw. I to wrażenie braku ładu, zaniedbania… Jakby ludzie bali się pomalować i odnowić dom, żeby nie pokazać że dobrze im sie wiedzie. Albo nie mają na to środków. Sama twierdza odnowiona a na placyku przed nią miłe restauracyjki gdzie da się dobrze zjeść. Jednak to wrażenie zaniedbania nie opuszcza nas prawie przez cały pobyt na wyspie.

 

 

Północna część wyspy nie jest tak spektakularna jak jej wnętrze. Pierwsze kilometry drogi wiodące ku pofalowanym wzgórzom nie robią jeszcze wrażenia. Za to jadąc zachodnim wybrzeżem,w kierunku na kraniec  półwyspu Cap Corse to co niezwykłe i wyjątkowe ciągle pojawia się w oknach naszego auta. Znakiem rozpoznawczym wyspy są wieże strażnicze. Dzieło Oficjum św. Jerzego, któremu Genueńczycy w XVw. powierzyli wyspę w zarząd to 85 kamiennych walców z których wypatrywano piratów. Wylegując się na czarnej, kamienistej Plaży Negro przypatrujemy się pobliskiej kamiennej budowli. Jak wiele na wyspie i ta kamień po kamieniu rozpada się opuszczona i zaniedbana. Obiektem szczególnej troski jest jednak budowla tego typu położona we wsi Nonza. Brak miejsc parkingowych, warto jednak zostawić auto nawet daleko i wrócić pieszo żeby dotknąć kamieni które pamiętają walki o niepodległość wyspy w 1794r. Ostatni bastion obrony.  1200 francuskich żołnierzy długo nie mogło go zdobyć, wiec zgodzono się na honorowe poddanie. Jakież było zdziwienie Francuzów gdy kamienne mury opuścił tylko jeden staruszek, który cała obronę przeprowadził dzięki zmyślnemu systemowi sznurów i wielokrążków odpalających działa i muszkiety…

 

 

Sainf Florent. Małe miasteczko w spokojnej zatoce. Można je obejść piechotą w 15 minut. Najlepszy punkt na złapanie oddechu po wrażeniach całego dnia. Ładne uliczki, restauracje, sklepiki i genueńska cytadela z XVw. Kąpiel ze względu na wodorosty nieprzyjemna. W centrum port jachtowy i ogrom samochodów. Bywa porównywane do Saint Tropez ale to porównanie bardzo na wyrost.

 

 

Co dalej? W planach mamy objechanie wyspy. Już wkrótce kolejne opowieści o tym co po drodze…

 

 

Czytaj też

W kierunku na południe… Korsyka