Przez Ukrainę do Mołdawii

 

Droga na wschód, nasza pierwsza, wynikła z prostej potrzeby zagubienia się gdzieś daleko od domu w gronie ludzi tak jak my, szukających niecodziennych wrażeń oraz miłego towarzystwa w około sylwestrowej porze. Cel – Mołdawia, blisko, z centrum naszego kraju raptem 1000 km a jedzie się tam trzy dni…

 

DZIEŃ I – Start z Lubaczowa.

Do tego miasteczka znanego ostatnio z tego, że tuż po naszym przyjeździe wybuchła w nim epidemia ptasiej grypy (przypadek?), przynosząca hekatombę śmierci dla drobiu z okolicznych ferm dotarliśmy jeszcze dnia poprzedniego. Rano zbiórka z ekipą przygody4x4. Plan na dzień dzisiejszy jest taki, że bez zbędnej zwłoki ruszamy do przejścia granicznego w Budomierzu i dalej nie zatrzymując się gnamy do Kamieńca Podolskiego. Do przejechania niespełna 400 kilometrów. W jakim czasie można pokonać taką trasę? Bardzo dłuuuuugo.  Trudno w to uwierzyć ale zajęło nam to 12 godzin!

Pierwsza przeszkoda na trasie – granica. Przejazd przez polską część szybko. Potem żmudne przedzieranie się przez ukraińskie przepisy. Na wjeździe karteczka z numerem auta i liczbą osób. Potem wymiana karteczki bo pikap to auto ciężarowe a dla ciężarówek jest inna. Następnie zabieranie paszportów, zbieranie pieczątek, wyjazd. Termin który mam, czyli pomierzy świętami katolickimi a prawosławnymi powoduje że w Budomierzu właściwie na ma podróżnych a i tak przejazd grupy to godzina czasu. Ile trwałoby to gdyby była kolejka?

 

Dalej mamy spełnienie opowieści o jakości ukraińskich dróg i spodziewany slalom pomiędzy dziurami w asfalcie. Obeznani w tutejszych warunkach twierdzą, że tu najlepiej uważać na tych którzy jadą prosto. Ten który nie kluczy w ogromnych wyrwach w jezdni musi mieć już naprawdę w czubie mocno, że jest mu wszystko jedno…  Jedno trzeba jednak przyznać: po wjechaniu na główne drogi jakość asfaltu bardzo się poprawia.

 

 

I w tym momencie za chwile pojawiłby się opis uroków Kamieńca Podolskiego, bo  z granicy to raptem 6 godzin jazdy wg googli. Tak zapewne by było gdyby nie fakt, że spadł śnieg. Po stronie polskiej prószył lekko, każdy kilometr na wschód dodawał jednak więcej i więcej białego koloru do krajobrazu. Już w pobliżu Kamieńca asfaltowa droga rysowała się wśród bezkresu pól już niezbyt wyraźnie, widoczna dzięki temu jedynie, że jej przebieg wytyczały szpalery drzew rozdzielających bezkres białości.

Kamieniec późno w nocy przedstawił się nam ze swojej najpiękniejszej strony.  Miasto ubielone,  pięknie podświetlone. I puste. Na Ukrainie wkrótce będą święta Bożego Narodzenia. Na mieście znać to jedynie po kolorowej choince i małym, teraz już zamkniętym jarmarku na rynku. Nie ma iluminacji ani świątecznej fety na ulicach, tutaj nigdzie jej nie będzie. Inny zwyczaj…

Wśród wirujących płatków śniegu przejdziemy z naszym przewodnikiem, Siergiejem  pod Ormiański i Polski Ratusz,  kościół Dominikanów, Katedrę Świętych Apostołów Piotra i Pawła z nietypowym, jeszcze osmańskim minaretem na którym chrześcijanie umieścili złota figurę Matki Boskiej.  Was, offroaderów na pewno tez zainteresuje terenowa wersja Ziła 6×6? Siergiej prowadzi nas do budynku miejscowej straży pożarnej, gdzie dane nam jest na nie popatrzeć i podziwiać model 131 z benzynowym V8 o pojemności 6 litrów. Podobno zabierają go na najtrudniejsze akcje gdzie niezbędna jest moc i przyczepność wszystkich sześciu kół. Na co dzień jednak odpoczywa bo… sporo pali.

 

Wśród spacerów sączy się rozmowa o historii tego miejsca. Kamieniec znamy z Sienkiewiczowskiego Potopu. To tu w 1672r wysadza się po kapitulacji pułkownik Wołodyjowski. Po poddaniu miasta, przez 27 lat panowali w nim Turcy, rujnując i wyludniając miasto (liczba budynków zmniejszyła się wówczas z blisko 800 do niewielu ponad 170). Ten wieczór to tylko wstęp do wycieczki jaką uskutecznimy gdy wpadniemy tu w drodze powrotnej.

DZIEŃ II – droga na Butuczany

Start rano w kierunku mołdawskiej wioski Butuceni w pobliżu Kiszyniowa. W drodze jeszcze jeden przystanek  – zamek w Chocimiu. Burzliwe koleje losu sprawiły, że twierdza, która tak mocno kojarzona jest z obecnością Rzeczpospolitej na Podolu przechodziła wielokrotnie z rak do rąk. Od X do XIII wieku we władaniu księstw ruskich, w XIV-XVIw. mołdawska, turecka i polska. W XVII–XVIII wieku już tylko polska, a następnie turecka twierdza graniczna. Chocim to też miejsce dwóch wielkich bitew wojsk Rzeczypospolitej z Turkami . To tu na miano „Lwa Chocimskiego” zasłużył sobie Jan Sobieski, brawurowo zdobywając twierdzę w 1673r. Czyn ten był przyczyną tak wielkiej chwały, że rok później dał Sobieskiemu koronę Polski.

 

Auta zostawiamy na zaśnieżonym parkingu i wydeptaną w zaspach ścieżką mijamy kolejne linie obronne by dotrzeć wreszcie do samej twierdzy. Wewnątrz małe muzeum,  zwiedzanie podziemi i kolejne opowieści Siergieja.

Krzysztof, który prowadzi grupę ma ambicje dać nam popróbować niedźwiedziego mięsa, czyli smaku zmagania się z Ukrainą poza asfaltem. Jeszcze przed granicą odbijamy wiec w cienkie kreski na mapie. Droga, coraz bardziej podła, w końcu znika … Wszędzie biało i grubo od śniegu. Potem pierwsza, większa zaspa i wyciągarki muszą pracowicie wydobywać z zasypanych białością kolein pechowe auta. I koniec rumakowania, trzeba wrócić na główne drogi. Tego miodu przyjdzie nam spróbować jeszcze w Mołdawii. Tym razem jednak prostą drogą pędzimy dalej, a przynajmniej chcielibyśmy. Jest biało i ślisko. Ci którzy w podróż obuli swoje auta w bojowe MT-ki walczą  z brakiem przyczepności na jezdni pokrytej grubo ubitym śniegiem.

 

Przejście z Mołdawią jest tak małe i mało znaczące że puste i prawie bezkolejkowe. Prawie, ponieważ naszych kilkanaście samochodów to tak duże wyzwanie dla pograniczników, że blokujemy się na ponad godzinę. I znów szarpiemy się z karteczkami i pieczątkami… W budce na granicy można też wymienić euro na mołdawskie leje. Bardzo szybko jednak kolejni chętni opróżniają szufladę pani w okienku i pozostali mogą obejść się smakiem. Na szczęście nie były bardzo potrzebne, dalej prawie wszędzie można płacić kartą. No poza myjnia dla aut ale o tym później …

 

 

Krótki postój w Bryczanach, tuż za granicą i żmudna droga w kierunku mołdawskiej wioski  ulokowanej w zakolu rzeki Raut. Na miejscu zastajemy wiejskie chałupy przerobione na hotelowe kwatery. Bardzo klimatycznie. Przewodnik opowiada, że miejsce to odkrył wiedeński filharmonik  Friedrich Pfeiffer. Oczarowany wioską postanowił, że ożywi ją organizując tu pensjonaty z pokojami ulokowanymi w wiejskich chałupach. A latem, koncert. W trzeci weekend czerwca co roku odbywa się tu descOPERA na świeżym powietrzu. Wśród widzów na snopkach siana rozsiadają się wówczas ministrowie, ambasadorowie, politycy, dziennikarze.

Pomimo bardzo późnej pory czekają na nas. Jest wiec samogon w powitalnych , glinianych stakańczykach, słonina i suta kolacja z mamałygą i innymi smakami Mołdawii.

 

 

DZIEŃ III – wino

Dziś „dzień bez samochodu”. Z czego najbardziej słynie Mołdawia? Z wina oczywiście! Tym razem i nam, kierowcom nie zostanie ta atrakcja odebrana. Mamy zatem to co tu najlepsze: zwiedzanie i testowanie tutejszych win w dwóch najbardziej znanych winnicach kraju: Cricova oraz Mileştii Mici. Obie powstały w podobny sposób – poprzez adaptacje podziemnych kamieniołomów już po II wojnie światowej. Każda jednak ma inny, specyficzny charakter. Cricova to duma Mołdawii. Jeśli do tego kraju przylatuje ważna głowa państwa to co właściwie do zaoferowania ma ten kraj? Gościa zabiera się wiec w podziemne korytarze a potem do bogato wyposażonych i ozdobionych sal degustacyjnych. Po znamienitych osobistościach pozostają wówczas fotografie na ścianach i nisze z nazwiskiem obdarowanego gościa w ogromnych halach wypełnionych butelkami. Są tu też… wina Tuska.

 

Zupełnie inne jest Mileştii Mici. Przede wszystkim tu zwiedzanie odbywa się… tylko własnym samochodem (w Cricovej po korytarzach wożą nowoczesne, elektryczne kolejki). Korytarzy jest więcej (łącznie 200 km) i widać w nich ich rodowód – ślady po piłach, którymi jeszcze niedawno wycinano kamień.  Tutaj też powstała największa na świecie kolekcja win, wpisana do księgi Guinessa.  Na końcu finał każdego zwiedzania taki sam: degustacja. Jednak sale Mileştii Mici są bardziej swojskie, dla ludzi, bez tego nadęcia i przesadnej ozdobności.

 

Pomiędzy oboma podziemnymi przystankami mamy jeszcze Kiszyniów.  Przez okna busów nie za wiele zobaczymy, bo też miasto nie za wiele ma do zaoferowania. Jednak gdyby czas na to pozwolił chętnie przespacerowałbym się od Łuku Triumfalnego na cześć zwycięskiej nad Turkami Rosji, przez park katedralny w kierunku na pomnik Stefana Wielkiego. Czy wąskimi uliczkami starego Kiszyniowa… Jednak zorganizowany wyjazd ma swój plan i rytm, wymyślony przez kogoś innego. Pozostaje tylko spoglądanie na szare góry betonu z oknami.

 

 

Tu też zaplanowano dla nas regionalny obiad. W kanionie, wśród betonowych ścian przycupnęła restauracja z drewnianym szyldem i rustykalnym wnętrzem. Jedzenie dobre, ale nie to stanowi o niezwykłości tego miejsca. Dla gości urządzono tu niewielkie sale regionalno-historyczne, patrzy się na to z przyjemnością ale główne wow to małe muzeum motoryzacji. Pod drewnianymi zadaszeniami właściciel zgromadził stare Wołgi, Gazy, Pobiedy, Czajki, Czapajewa… Wszystko w idealnym stanie.

 

DZIEŃ IV – offroad/sylwester

Co ciekawego kryje w sobie miejsce które stanowi nasza bazę przez następnych kilka dni? Zaraz za następnym zakolem rzeki mamy Stare Orhei. Swoje ślady pozostawili tu plemiona Traków, geto-Daków, Sarmatów, Gotów, Hunów, Awarów, Pieczyngów… Miedzy IX a XIII w powstały tu podziemne monastyry. Na początku XIVw. Złota Orda powołuje tu do życia Shehr-al-Djedid (Nowe Miasto).  Po jego upadku Mołdawianie budują swoje Stare Orhei. Przewodnik zachwala że pozostałości historycznych jest tu tyle, że można spędzić cały dzień… Oglądanie tego niestety nie było w planach.

Jeszcze rano, gdy świt dopiero wstaje nad okolicą wybiegam na okoliczne wzgórza popatrzeć za tym co ciekawego znajdę te parę chwil przed grupowym wypadem w teren. Nad Butuceni góruje cerkiew Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny, parę kroków wcześniej, wolno stojąca dzwonnica służąca za wejście do wykutego w skale korytarza, który prowadzi do wnętrza monastyru Pestere. Pora jest mocno poranna wiec obejrzę to wszystko tylko z zewnątrz. Kolorowe domy z podcieniami opartymi na drewnianych kolumienkach, ozdobne studnie, kolorowe bramy, zamknięte o tej porze Muzeum Etnograficzne. Cmentarze z żelaznymi, kamiennymi i drewnianymi krzyżami.  I zwykłych ludzi  w ich codziennych sprawach. Butuceni daleko do nowoczesności. Jeśli chcielibyście zobaczyć jak nosi się wodę podpiętą w wiadrach pod koromysło, dojenie nie najczystszych krów, starsze panie w kolorowych chustach – to wszystko macie tutaj, wystarczy tylko wyjść z pokoju i zanurzyć się w rytm życia tych ludzi.

 

Start offroadowego wyjazdu nad brzegami rzeki Raut zaplanowany jest od monastyru. Jest wprawdzie otwarty i można długim, wykutym w skale tunelem przedostać się do wnętrza wykorzystywanego obecnie jako kościół ale odbywa się właśnie msza. Nie przeszkadzamy, rzut oka na niecodzienne wnętrze i ruszamy w poszukiwaniu przygody. Jeszcze rano – sporo śniegu. Jednak w ciągu dnia – coraz mniej. Wkrótce tutaj będzie Boże Narodzenie. Może dlatego mijani nad rzeką rybacy tak zawzięcie pracują żeby wyciągnąć na przygotowany wóz jak najwięcej ryb z przemyślnej pułapki ustawionej w poprzek biegu strumienia?

Reczka płynie szeroko rozlana, jednak na hasło czy ktoś chciałby pobrodzić w jej nurcie, ruszają po kolei wszyscy. Nie wszyscy pamiętali jednak o porządnym przykręceniu tablic. Kilka sztuk polskich blach zostanie więc już na zawsze w piasku, na dnie. Trasa niby łatwa. Ziemia jednak jest tu tak tłusta i przesączona wilgocią, że wystarczy jednak chwila nieuwagi żeby prowadzący Nissan Patrol ześliznął się z drogi tuż nad brzeg wody. Wydobywanie go z tej pułapki potrwało dłuższą chwilę i kosztowało jedna wyciągarkę…

 

Ostatnie chwile w trasie to obiad w winnicy Chateau Varteley, z obowiązkowym zwiedzaniem i smakowaniem trunków. Tutaj nie ma efektownych skalnych korytarzy. Tu wino produkuje się w tysiącach litrów w ogromnych, stalowych kadziach, w fabrycznych halach, przemysłowo. Za to wrażenie robi winoteka, z tysiącami butelek ułożonymi równo na półkach. Tu można sprawdzić, czy tutejsze wina przypadną nam do gustu. To co posmakuje – oczywiście nabyć w dużych ilościach.

 

Powrót do Butuceni to zapowiedź wyjątkowego wieczora. Dziś sylwester. W urządzonej rustykalnie sali czekają już tutejsze przysmaki. Miejscowi maja dla nas atrakcje w postaci ludowego trio, które rżnie wytrwale folkowe kawałki, na przemian z tanecznymi utworami śpiewanymi przez piękna wokalistkę do dźwięków odtwarzanych z płyty. Są też mołdawskie życzenia noworoczne, w których bardzo często pada słowo mamałyga.  Zabawa do 4 rano….

DZIEN V – offroad

Po sylwestrze nikt nie wstał zbyt wcześnie. Jednak umowa jest taka, że gdy pokrzepimy się sutym śniadanio-obiadem ruszamy ponownie drapać tutejsze szutry oponami. Zima jest już tylko wspomnieniem. Nie ma mrozu, jest mokro, są idealne warunki żeby tutejsza, tłusta gleba stawiła opór na niezbyt wymagających, zwykłych podjazdach. Finisz tych zmagań to leśna droga i polskie kiełbasy nadziane na patyki i smażone tradycyjnie w płomieniach ogniska.

 

Powrót nie najłatwiejszy. Błoto okleiło koła i czuć to na kierownicy. To się jutro umyje…

 

DZIEŃ VI – powrót do Kamieńca

Kolejny dzień rozpoczynamy od próby oczyszczenia kół. Próby nieudanej. Mróz zespawał błoto do felg bardzo mocno. Na trasie czuć to nieprzyjemnie a myjni brak. Po godzinie koła odmarzają i dają się jako tako oskrobać wiec prędkość konwoju wrasta. W Bryczanach planujemy doprowadzić do porządku auta przed planowanym przekroczeniem granicy. Jest mały kłopot. Tu za chwilę są święta i każdy lokalny właściciel czterech kół, chce swoją chlubę z tej okazji godnie zaprezentować przed rodzina – czystą. Długa kolejka… Gdy przejeżdżam przez miasteczko mignął mi na chwile kolorowy tłum poprzebieranych postaci. Trochę inaczej wyglądają on niż nasi kolędnicy. Co to za zwyczaj jednak, dlaczego wąsaci faceci chodzą ubrani w białe suknie czy poprzebierani za wojaków lub jeszcze cudaczniej? Nie wiem…

 

Granica mołdawsko-ukraińska tym razem jeszcze bardziej uciążliwa. Pogranicznicy krzywo patrzą na auta z brakującymi tablicami. Trwają negocjacje… Po uporaniu się z tym problemem okazuje się że pikapy, przed wjazdem dostały złe karteczki (na auta osobowe a nie ciężarowe). Zebrane pieczątki nieważne, trzeba czekać aż przyniosą nowy świstek papieru i znów zebrać kolekcje kolorowych odcisków.

 

Kamieniec osiągamy późną nocą. Poprzednio rozmawialiśmy z Siergiejem, który dzieli się z nami swoja wiedzą o historii miasta i nie tylko, ze pokaże nam ciekawe miejsca w okolicy, takie na dobre zdjęcia. Wycieczka przednia, objeżdżamy już tylko naszym autem całą okolice takimi zakamarkami, że pozostanie to w naszej życzliwej pamięci bardzo długo. Siergiej – DZIEKUJEMY!

DZIEŃ VII – Kamieniec-Lwów

Poranek w Kamieńcu Podolskim. Wschód słońca oglądany z miejsc, które poprzedniej nocy pokazywał mi Siergiej – fenomenalny. Jeszcze zanim świt zacznie malować na niebie kolorami czerwieni, przemykam autem pod pomnik siedmiu narodów. Z tego miejsca oraz z nasypów Nowego Zamku docenić można niezwykłą lokalizację Kamieńca Podolskiego. Wpadająca do Dniestru kilkadziesiąt kilometrów dalej na południowy wschód od miasta rzeka Smotrycz, płynie tu głębokim na 20 – 30 i więcej metrów jarem, miejscami o skalistych, pionowych ścianach, tworząc niemal pełną pętlę w środku której znajduje się skaliste wzgórze o powierzchni blisko 120 hektarów. To na nim wznosi się malownicze, historyczne centrum Kamieńca Podolskiego, blokowane od jedynej dostępnej strony, północnego zachodu, przez potężną twierdzę. W 1996r. dekretem prezydenta Leonida Kuczmy miasto jest centrum Narodowego Parku Przyrodniczego „Podolskie Towtry” o powierzchni 261.316 hektarów  (12% całej powierzchni obwodu chmielnickiego).

 

 

Rano, już grupowo zwiedzamy kamienieckie atrakcje. Jest wiec spacer do katedry pw. śś. Piotra i Pawła, z 1485 r. przemianowanej na meczet przez Turków gdy panowali na miastem w latach 1689-99. Z tych czasów pozostał minaret, który na mocy traktatu karłowickiego nie mógł być zburzony wiec… postawiono na nim figurę Matki Boskiej. Kolejna historyczna pamiątką: brama Triumfalna zbudowana  po wizycie w 1781r Stanisława Augusta Poniatowskiego, pomnik pułkownika Wołodyjowskiego, postument z napisem „Sława gierojom”. Podobno zbudowali go Niemcy podczas okupacji, po wojnie tylko swastykę zamieniono na gwiazdę…

 

Kamieniec ma bardzo długa listę ciekawych miejsc i zabytków. Kto chciałby dokładniej obejrzeć jego skarby powinien zostać w nim dłużej niż 3 godziny, które my mamy do dyspozycji. Żeby wykorzystać te kilka chwil jakie jeszcze mamy w mieście zajrzymy do Twierdzy. Na stałe w granicach Królestwa Polskiego znalazła się dopiero w 1432 roku. Systematycznie rozbudowywane umocnienia sprawiły, że przez blisko trzysta lat skutecznie osłaniała południowo-wschodnie rubieże Rzeczypospolitej, zyskując przydomek „przedmurza chrześcijaństwa” i „bramy do Polski”. Upadła dopiero w 1672r zdobyta przez sułtana Mehmeda IV, który przyszedł pod jej mury z armią szacowaną na 100 do 300 tys. żołnierzy, wyposażoną m.in. w nowoczesną, obsługiwaną przez Francuzów artylerię.  Polska załoga w liczbie 1600–2000 osób, (w tym zaledwie 4 puszkarzy) dosyć szybko poddała na honorowych warunkach Kamieniec. Podczas ewakuacji zamku nastąpił przypadkowy wybuch w prochowni, co interpretowano później jako gest rozpaczy majora artylerii kamienieckiej Hejkinga (Sienkiewiczowskiego Ketlinga), który miał podpalić 200 beczek prochu, zabijając przy tym 500 do 800 ludzi, głównie komputowych Kozaków. W wybuchu zginął m.in. komendant obrony twierdzy, pułkownik Jerzy Wołodyjowski.

Tuż przed wyjazdem jeszcze jedno miłe spotkanie  z Teresą Zawadzką lokalną działaczką, autorką niewielkiej książeczki „Historia życia Polaków w Kamieńcu Podolskim”.

DZIEŃ VIII – Lwów

Jeszcze poprzedniego dnia dobijamy do miasta, które po Warszawie i Łodzi przed wybuchem II Wojny Światowej było trzecim co do wielkości miastem polskim. Około dwie trzecie jego mieszkańców wówczas stanowili Polacy. We wschodniej części województwa lwowskiego, na większości obszaru wiejskiego przeważała jednak ludność ukraińska. Chociaż polskie władze zobowiązały się na arenie międzynarodowej do zapewnienia Galicji Wschodniej autonomii (w tym utworzenia odrębnego uniwersytetu ukraińskiego we Lwowie) i mimo, że we wrześniu 1922 roku polski Sejm przyjął właściwą ustawę, nigdy nie została ona zrealizowana. Zamiast tego zamknięto wiele szkół ukraińskich, które rozkwitły wcześniej pod panowaniem austriackim. Historia zatoczyła koło i w mieście odznaczonym za obronę polskości orderem Virtuti Militari przez Józefa Piłsudskiego nie ma już Polaków…

 

Jaki jest Lwów obecnie, tak dla turysty, który chce się nim zachwycić? Przede wszystkim zakorkowany. Celowo wbijamy się do miasta późną porą, gdy tłok na drogach mniejszy. Potem cały dzień już tylko pieszo. Jeszcze wieczorem przeciskamy się wśród tłumów na centralnym placu miasta przed Operą. Zbliżają się święta, wszędzie mnóstwo kramów, światełek, stoisk z przekąskami, pamiątki… I efektowna iluminacja na budynku Lwowskiego Narodowego Akademickiego Teatru, Opery i Baletu – dawniej polskiego Teatru Wielkiego. Obecnie Lwów to ogromne miasto (siódme na Ukrainie), jednak zabytkowe centrum zachwyca i warto zagubić się w jego atrakcjach. Co warto we Lwowie zobaczyć? Tu każdy może znaleźć coś dla siebie. Łowcy śladów polskości – pamiątki po naszej długiej historii w tym miejscu, fani dobrej kuchni: fantastyczne, lokalne jedzenie (w restauracji Baczewski trzeba rezerwować stolik z dużym wyprzedzeniem),  poszukiwacze pamiątek na pchlich targach starocie wystawione na osłoniętych folia kramach …

 

Nasza podróż sentymentalna po polskich śladach kończy się w … browarze. Browar Lwowski swoją historią sięga roku 1715 gry książę Stanisław Potocki przekazał jezuitom działkę w Kleparowie na Krakowskim Przedmieściu wydając jednocześnie zgodę na przemysłowe ważenie piwa. W połowie XIX wieku był największym producentem piwa  w regionie oraz jednym z trzech największych w Austro-Węgrzech. W 2005 roku Calsberg który jest obecnie jego właścicielem z okazji 290-lecia jego istnienia otworzył Muzeum Browarnictwa. Tu sobie można zobaczyć jak wyglądało kiedyś i miasto, i ważenie piwa w poszczególnych etapach istnienia browaru. Jest też obszerne podziemie gdzie oczywiście można sprawdzić jak dziś smakuje lwowskie piwo.

DZIEŃ IX – Lwów, cmentarz Łyczakowski – Żółkiew

Nie chce się wierzyć ale minął ponad tydzień i już dziś przygoda z Ukraina i Mołdawią się skończy. W planach ostatni, bardzo ważny akcent – Cmentarz Łyczakowski. Czy wiedzieliście o tym, że jest to jedna z najstarszych istniejących nekropoli na terenie dawnej Rzeczypospolitej? Otwarty w 1786 roku, jest bardziej wiekowy od cmentarza na Powązkach czy Rakowickiego. Spacerując wśród zabytkowych nagrobków napotkacie takie nazwiska jak: Stefan Banach, Gabriela Zapolska czy Maria Konopnicka. Znajdziecie też kwaterę wojskową zwaną cmentarzyskiem powstańców styczniowych albo inaczej górką powstańców 1863/1864. Spoczywa tam 230 powstańców, m.in. prof. Benedykt Dybowski – światowej sławy zoolog, badacz Bajkału czy Gustaw Fiszer – wybitny polski aktor dramatyczny

 

Największą kwaterą wojskową na Łyczakowskiej nekropolii jest Cmentarz Obrońców Lwowa, znany również pod potoczną nazwą Cmentarz Orląt Lwowskich. Tu spoczywają m.in. dowódcy obrony Lwowa z roku 1918 i 1919: komendant Orląt Lwowskich płk Czesław Mączyński a także generałowie: Wacław Iwaszkiewicz – dowódca 6 Armii, zwanej Galicyjską, który bronił Lwowa przed konnicą Budionnego czy Tadeusz Rozwadowski – szef Sztabu Wojska Polskiego w czasie wojny polsko – bolszewickiej.

 

Ostatni przystanek w  drodze do domu – Żółkiew. Miasto założone w 1597 przez hetmana polnego koronnego Stanisława Żółkiewskiego zbudowano na planie nieregularnego pięcioboku z zamkiem oraz rynkiem i przylegającą do niego kolegiatą. Było otoczone murami. Jedna z jego bram, Zwierzyniecka zachowała sie do dziś i funkcjonuje jako normalny wjazd do miasta. Mamy szczęście, są święta i na co dzień zamknięta Kolegiata św. Wawrzyńca rozbrzmiewa od religijnych, polskich pieśni.

 

Wchodzimy i możemy podziwiać jego na co dzień zamknięte wnętrze. W zamyśle fundatora kościół miał być rodzinnym mauzoleum, ale i również panteonem sławy rycerskiej i wotum dziękczynnym za zwycięstwa odniesione przez wojska polskie, walczące pod dowództwem hetmana. W żółkiewskiej farze oprócz pięknych marmurowych nagrobków Żółkiewskich i Sobieskich (autorstwa Andreasa Schlütera) znajdowały się do 1939 ogromne malowidła batalistyczne obrazujące największe zwycięskie bitwy króla Jana III Sobieskiego i jego pradziada Stanisława Żółkiewskiego. Poza odnowionymi po zniszczeniu nagrobkami niema w środku nic z dawnej chwały kolegiaty. Po 1946r, zniszczono wnętrze a obrazy wywieziono i nigdy nie wróciły na swoje pierwotne miejsce. Dziś kościół wrócił do miejscowej parafii i funkcjonuje jako świątynia po długotrwałej renowacji konserwatorskiej jaka odbyła się w latach 1989–2009.

Mniej szczęścia miał zamek zbudowany w stylu palazzo in fortezza na planie kwadratu o boku około 100 metrów, z czterema czworobocznymi wieżami na narożach. Już po rozbiorach jego ówczesny właściciel, Artur Głogowski rozprzedał resztki wyposażenia i rozebrał część zabudowań m. in. kaplicę i sąsiadującą z nią wieżę, krużganki i wielkie schody. W czasie I wojny światowej spalony przez Rosjan, wykorzystywany później jako więzienie, koszary, szkoła. Obecnie w tragicznym stanie i pomimo zapowiedzi remontu który słabo widać.

Wewnątrz teoretycznie jest muzeum. Jest niewielkie. Jedną salę poświecono w nim bohaterskim walkom UPA z polskim i sowieckim okupantem. Wśród zdjęć zasłużonych przywódców portret Bandery, ideowego  inicjatora mordów Polaków na Ukrainie. Tuż obok zdjęcie Romana Szuchewicza , ponoszącego bezpośrednią odpowiedzialność za zaakceptowanie rzezi wołyńskiej jako taktyki UPA przeciwko Polakom i przeprowadzenie ludobójczej czystki etnicznej w Małopolsce Wschodniej na polskiej ludności cywilnej, których ofiarą padło około 100 tys. osób.

 

Przejdziemy się jeszcze do dawnego Kocioła Dominikanów, pod synagogę ogrodzoną blaszanym płotem, do Ratusza. To ostatnie miejsce warto odwiedzić z dwóch względów. Wewnątrz urządzono bardzo ciekawe muzeum dotyczące miasta z wieloma ciekawymi eksponatami, multimedialnymi materiałami które odsłuchać można przez zabytkowe słuchawki telefonów. Poza tym wieża ratusza jest dostępna i z niej popatrzymy na niezbyt rozległą panoramę miasta. Warto.

 

Granicę przekraczamy w Rawie Ruskiej. Pamiętając opowieści przyjaciół odwiedzających Ukrainę o kilkunastogodzinnym oczekiwaniu na odprawę z radością przyjmujemy fakt że w Boże Narodzenie które jest dziś obchodzone w kościele prawosławnym na przejściu jest tylko kilka aut. Uwaga, jeśli macie auto zarejestrowane jako ciężarowe – skierują was na terminala dla ciężarówek. Dziś to nie problem, Tirów brak, jednak obsługa przejścia pracuje w ograniczonym składzie i jest tylko jedna osoba która podbija nieszczęsna karteczkę po sprawdzeniu czy nie mamy w aucie przemytu.

Bardziej drobiazgowa i długa kontrola odbywa się na naszej części. Auta są dokładnie wybebeszane z bagaży, oglądane.

 

CZYTAJ TEŻ