CHORWACJA 2020 – offroadowe klimaty nad Adriatykiem

Posted on

 

Od kilku dni przemierzamy lesiste doliny Chorwacji, kierując się wzdłuż granicznych rzek Sawa, Una,  Glina i Korana. Pozostawiamy smutek opustoszałych wiosek, cmentarzy, wojennych śladów w postaci wypalonych okien, dziur po kulach i pomników ku czci nieżywych bohaterów czy ostrzegawczych tabliczek o polach minowych. Ta cześć Chorwacji, z zagubionych w lesistych trasach dróg, gdzieś poza głównymi miastami pozostawi w mojej głowie obraz który nie pozwala się cieszyć z piękna tego kraju. Z pamięci wyskakuje kadr z filmu Psy 2 , gdy Wolf (Żmijewski) śmiejąc się wynosi z wiejskiej chaty dwie obcięte głowy…  To zniknie, jak ślady po wywiezionych w 47 roku Bojkach z Bieszczad. Ludzie może zapomną jak bardzo się nienawidzili…

Jednak im bliżej morza, tym i nastoje i zaokienne klimaty się zmieniają. Tu ludzie nie doświadczyli aż tak bardzo wojennych tragedii a i turystyczny boom pozwolił, żeby to co było zaniedbane – odnowić, upięknić.

 

 

Skąd ruszamy? Startujemy z okolić Jezior Plitvickich. Trasa Wyznaczona jest tak aby przez Poljanak objechać słynne jeziora od północy. I tu pierwsza niespodzianka – zakaz ruchu, ale taki inny, z żółtym tłem. Szczęśliwie dla nas pojawia się radiowóz a mundurowi mówią że jechać można. Jedziemy więc i powiem szczerze dobrze że nie spotkaliśmy nikogo z przeciwka. Wąska nitka szutrowej drogi wycięta jest tu bowiem w bardzo stromym, lesistym zboczu. Doprowadzi nas ona do miejscowości Plitvicki Lejskovac z ładnym młynem wodnym i dalej już do głównej trasy D52.

Fortica Otočac

Jednak szerokość asfaltu dość monotonnie przecinającego doliny Kvarneru skłania do poszukania dróg na skróty. Boczne drogi powiodą nas wprost przed zabytkowe mury twierdzy górującej nad miastem Otočac. Jej niezbyt dobrze zachowane mury odnaleźć niełatwo, brakuje jakichkolwiek oznaczeń. Gdyby nie punkt w nawigacji GPS nie do namierzenia, ukryta w lesie. Jej historia nie jest może najdłuższa bo rozpoczyna się w 1619r, gdy włodarze nadmorskiego miasta Senj wraz tutejszymi mieszkańcami wznoszą na wzgórzu fortyfikacje z trzema basztami, największą od wschodu i dwiema mniejszymi od zachodu, połączonymi murami o grubości 1,80 – 2 m. Całość został zbudowana szybko, z użyciem tego bo było pod ręką czyli niezbyt wielkich kamieni. Wewnątrz znajdował się bardzo wąski dziedziniec z cysternami, w których zbierano wodę. Fort służył jako kwatera dla żołnierzy, oraz magazyn amunicji, prochu i żywności z kuchniami i koszarami.

 

 

Już na początku XIX wieku fort zaczął tracić na znaczeniu. Sto lat później okoliczny teren obsadzono czeską sosną i nowy las rozwijał się tu pięknie aż do II wojny światowej. W 1941 roku Włosi, którzy przybyli do Otočaca, wycięli drzewa i umieścili tam batalion armat.

Obecnie twierdza Fortica jest utrwalona ruiną, która może niezbyt widowiskowo wychyla się z otaczającego ją lasu, jednak warto wspomnieć, że w tej chwili jest jedyną pozostałością renesansu w okolicy Otočaca. I na tyle zapomnianą i mało popularną, że zdobyć ja można autem dojeżdżając wprost pod zabytkowe mury.

Krasno

Docelowo nad morze w linii prostej jest już niespełna 30 km, wiec do miasta Senj na wybrzeżu moglibyśmy dostać się w mniej niż pół godziny. Trasa ta zajmie nam jednak cały dzień. Jazda przez małe wioseczki skłania do przemyśleń jak bardzo różni się klimat wybrzeża od tego ci wgłębi kraju widzimy. Tam wszechobecne są studnie i drogę co chwilę przegradza rzeka. Tu królują cysterny na wodę z długimi rynnami sprowadzające cenny deszcz z dachów. I zieleń już nie tak bujnie atakuje z każdej strony. Pierwszy postrój przydarzy się nam na szczycie wzgórza pod wsią Krasno. Dużo drogowskazów zachwalających turystyczne atrakcje kieruje z główniejszej drogi gdzieś w górę. Jedziemy tam i widok naprawdę piękny. Jednak oprócz jednego kościoła i remontowanego, starego ośrodka turystycznego w socjalistycznym stylu nie znajdziemy więcej. Być może z miejscem tym wiąże się większa, ciekawsza historia, która umyka nam przez braki w przewodnikach i na internetowych portalach. A obok turystycznego molocha przycupnął przecież i mały sklepik w którym mnich sprzedaje owocowe wina i święte pamiątki.

 

 

Park Narodowy Velebit – wyzwanie na przyszłość

Poruszamy się szutrową droga która jest na mapie i daje nadzieje że jest legalna. Park obejmuje właściwie całą górę Velebit i stanowi naturalną granicę między klimatem śródziemnomorskim i kontynentalnym. My zahaczymy tylko o jego północna krawędź. Z rzeczy ciekawych zlokalizowane są tu Jaskinie Cerovac. Ich kompleks składający się z jaskini dolnej, środkowa i górnej to ponad 7 km zbadanych tuneli. Pierwsze 700 m dolnej i górnej jaskini zostało przygotowane nawet do zwiedzania, jednak nie teraz. Obecnie prowadzone są tu jakieś prace i nie jest udostępniona. Przewodnik twierdzi ponadto, że Park oferuje 30 oznaczonych szlaków, z których większość biegnie na szczyty górskie z przepięknym widokiem na Morze Adriatyckie. Pomimo iż stoimy właściwie w jego bramie, która jak obietnica niezwykłej przygody zaprasza żeby przekonać się czy prawdziwe są twierdzenia sugerujące znaczną trudność szlaków zawracamy ku wytyczonej trasie. Tu trzeba przyjechać specjalnie, poświecić chociażby jeden dzień, a nie tylko w przelocie wejść za najbliższy zakręt szlaku by zaraz zawrócić. Następnym razem…

Trasa na skróty do miasta Senj

Z szerokości drogi krajowej 5126 o przyzwoitym przecież asfalcie poniesie nasze auto gdzieś w bok, w szlaki które tylko na mapach OSM zaznaczają swoja obecność cienką, przerywana linią. Początek trudny bo droga jest, jednak jeżdżona sporadycznie i słabo zaznacza się w terenie. Im dalej jednak tym ślad staje się wyraźniejszy. I tu powiedzieć można, że offroadowe poszukiwanie szczęścia w rejonie wybrzeża jest dużo lepszym pomysłem niż w lesistym centrum kraju. Po prostu wszystkie drogi które przyszło nam do głowy zaznaczyć jako trasę przyszłej przygody są przejezdne. Zmierzamy ku przełęczy Vratnik. Z rozległych, pachnących ziołami łąk widok na poszarpane wybrzeże Adriatyku niesamowity. Sama przełęcz po doznaniach szutrowego szlaku nie robi wrażenia, dużo więcej i tylko dla nas zostało na wcześniejszych, szutrowych ścieżkach.

Z przełęczy można szybko dotrzeć do celu krajową drogą D23 lub znów zboczyć w gorące i aż duszące od łąkowych aromatów drogi gdzieś bokiem. Tak, pojechaliśmy bokiem zupełnie nie zaskoczeni tym że każdy zakręt drogi przynosi kolejna okazje do chwytania wspomnień wspaniałej widokowo drogi.

 

 

Senj

Gdy zjeżdża się z gór miasto pojawia się w oddali jako mała plama na wybrzeżu lśniąca od czerwieni dachówek. Potem wzrok przykuwa górująca nad okolicznymi domami twierdza Nehaj. Jej znakomicie zachowane mury o grubości 3,5 m zostały zbudowane w 1558r. podobno z budulca pozyskanego ze zniszczonych kościołów oraz domów znajdujących się poza murami miasta. Jej głównym zadaniem miała być ochrona Senj przed tureckimi najazdami. Gdy miasto w latach 20-tych XVIw przejęli Austriacy stanowiło schronienie dla uchodźców z podbitej przez Turków – Serbii (zwanych potocznie Uskokami). Za ich cichym przyzwoleniem łupili oni statki handlowe wrogów cesarstwa aż do chwili gdy ich działania wywołały wojnę w Wenecją, po której Austriacy zgodzili się wysiedlić ich w głąb kraju. Samo miasto do którego wchodzi się przez ozdobna bramę nie jest szczególnie widowiskowe. Długie nabrzeże portowe, kamieniczki pokryte śladami upływającego czasu na tynkach, restauracyjki, parę ciekawych miejsc takich jak klasztor franciszkanów z 1558r, katedra sw. Marii z XI w. ,pozostałości ratusza i XVI w loggi, czy pałace bogatych mieszczan z XV i XVII w. i niewielka plaża. Korzystamy z tutejszych smaków morza i żegnamy dzień z krwawym widokiem na pobliską wyspę Krk.

 

 

W kierunku Krk

Kolejny dzień to serpentyny z Senj w kierunku gór Velika Kapela. Tu wymyślona na papierze trasa wbija się w las i jest już mniej widokowo, choć wszystkie drogi dostępne i przejazd jest możliwy. Schodzimy trochę niżej w kierunku punktu widokowego Vidikovac.  Wiedzie do niego specjalnie wytyczona … trasa offroad. Wprawdzie tylko 6 km i to tak naprawdę zwykły szuter jakich tu wiele ale jednak. Ze skalnej półki zawieszonej nad okolica znakomicie widać Krk z mostem którym dostaniemy się na wyspę. Widać też zamek Drivenik. Zaletą podróży bez rezerwacji jest to, że jeśli nam się coś spodoba to możemy zmienić plany i pociągnąć kreskę na nawigacji gdzie poniosą nas marzenia. A widok Drivenika sprawił że chce się go zobaczyć z bliska. Zamek położony jest na malowniczym wzgórzu (181 metrów n.p.m.). Jego początki sięgają pierwszej połowy XIII wieku. W kolejnych wiekach był wielokrotnie powiększany i przebudowywany. Ostatnia większa przebudowa warowni miała miejsce w drugiej połowie XVI wieku. Wtedy to budowla uzyskała swój obecny renesansowy kształt. Zamieszkiwano go do końca XVIII stulecia, kiedy to został ostatecznie opuszczony. Na miejscu zastajemy warownie zamkniętą, zachowaną w stanie trwałej ruiny. Cisza, spokój, pomimo wakacyjnej pory nikt nie przepycha się za plecami. Co ciekawe jak do wielu tutejszych miejscowości i tu oprócz zwykłych znaków prowadzą te z literami stworzonymi przez misjonarza zwanego Cyrylem. Wszak w widzianej wcześniej Senji od Xw pisano głagolicą, najstarszym znanym pismem słowiańskim a chorwacki był językiem liturgicznym.

 

 

Krk

Most na cieśninie i zaraz zjeżdżamy z asfaltu wprost na szutrowe trasy pobrane z WIKILOC. Nie ma wprawdzie zakazu wjazdu ale cała trasa wprost na Jaskinię Biserjuka sprawia dziwne wrażenie – cięgle poruszamy się po pieszym szlaku turystycznym. Na miejscu zastajemy kasę biletową i po raz pierwszy podczas naszego wyjazdu obowiązkowe noszenie maseczek. Sama jaskinia jest bardzo ładna, jednak ma zaledwie około 110 metrów długości i gdy widziało się większe, nie robi już wrażenia.

 

 

Pierwotny plan zakładał, że szutrami, jak najbliżej wschodniego wybrzeża dojedziemy jak najbardziej na południe, do miasteczka Baska i potem wrócimy na północ gdzie w Malińskiej mieliśmy przenocować. Jednak jazda po kamieniach niezbyt dobrze zrobiła oponom marki Yokohama Geolandar G015. Niby AT a jednak małe uderzenie w bok i mamy problem – guz na oponie i guma do wyrzucenia. A że jeszcze zrobiło się późno – na miejsce dojedziemy po prostu asfaltem. Baśka to już typowo turystyczna lokacja z tłumami na plażach, wycieczkami statkiem, pamiątkami. Gdyby nie późna pora mimo wszystko wspięlibyśmy się do Cerkwi Svetog Ivana Krstitelja z punktem widokowym. A tak zjedliśmy najdroższą pizzę w życiu (250 zł za dwa, małe placki) i uciekliśmy na północ.

 

 

Malinska kiedyś była małą wioska rybacką, jednak było to dawno i teraz raczej brak tu charakteru urokliwego miejsca zagubionego na wybrzeżu. Jest raczej typowo kurortowo. Miejsce to zapamiętamy jednak ze względu na kolejny problem z naszymi „terenowymi” oponami. Tym razem drewniana drzazga przebiła bieżnik i potrzebna jest praca wulkanizatora. Specjalista w tej miejscowości okazał się być mistrzem w swoim fachu. Nowy, profi sprzęt, dbałość o wszystkie szczegóły pracy, byłem pod wrażeniem.

 

 

I tu powinniśmy właściwie planowo pożegnać się z wyspą. Pomysł na podróż był taki że kolejnego dnia jedziemy na prom i ruszamy zdobywać kolejny ląd. I nie pojechaliśmy. Krk pokazała dotychczas nam niewiele, jak cnotliwa panna kokietując i obiecując więcej. Wiec zostaliśmy.

Pierwsza niespodzianka na trasie to sporej wielkości kamienny monument upamiętniający wspomniane już wcześniej pierwsze słowiańskie pismo, czyli głagolicę. Tutejsza, chorwacka jego odmiana, z kanciastymi literami, rozwinęła się szczególnie w XIV w i do tej pory jest wykorzystywana m.in. w liturgii katolickiej w Dalmacji!.

 

 

Niespodzianka druga to wizyta w Dobrinj. Miejscowość znaleziona właściwie przypadkiem okazała się  najstarszą miejscowością na wyspie, znaną pod tą nazwą od XI w. Położona na wysokości około 200 m n.p.m. ,otoczona kasztanowym i figowym lasem była zabezpieczona przed nieprzychylnością sąsiadów dzięki zwartej zabudowie, która chroniła jak mury twierdzy. Dziś wąskie uliczki przebywamy pieszo, zostawiwszy auto przed miastem. Co tu można znaleźć oprócz niesamowitego klimatu ciasnych uliczek, widoku na kontynent, aż do masywu Velebit? Z zabytków, na rynku kościół Sv Stjepana, z końca XI w., z elementami gotyckimi i barokowymi. Ciekawy jest również stary cmentarz z XVI-wiecznym kościołem Świętej Trójcy i dzwonnicą. W pobliżu znajdują się ruiny zamku.

 

 

Jednak naprawdę ciekawie robi się w następnej miejscowości na trasie jaka jest Vbrnik. Trzeba wiedzieć że miasteczko jest centrum produkcji wina, słynie z takich trunków jak np. „Vrbnicka Žlahtina”. Poza tym w samym mieście znajduje się kilka ciekawych winiarni wykutych w skalnych grotach. Wino nalewa się tu z takich beczek, do jakich przywykliśmy w przypadku piwa. Pod sklepieniami wiszą fantastyczne szynki. Kilka restauracji i knajpek serwuje takie specjały jak pršut – wędzona szynka, vrsni krčki ovčji sir – twardy żółty ser. Same miasto jest labiryntem krętych uliczek i ciasnej zabudowy, wybudowanym na 49 metrowym klifie. W sercu miasta, wśród wąskich uliczek, przy kościele św. Maryi, stoi renesansowa dzwonnica z XVI wieku, w której znajduje się muzeum dzieł sztuki. Jednak to co robi wrażenie to ciasne, średniowieczne zaułki gdzie czas jakby się zatrzymał…

 

 

Tuż za rozległymi winnicami okolicy Vbrnika czeka to co chcielibyśmy zobaczyć i widoki dla których zostaliśmy na wyspie: dzikie i opuszczone rejony południa wyspy. Potem okaże się że jest to jedyny sposób aby dostać się w te okolice, inne drogi są po prostu zamknięte. Co zobaczymy na miejscu? Rozległy, opuszczony płaskowyż z szutrową drogą wśród kamiennych murków układających się w fantazyjne wzory. Droga kończy się gwałtownie bramą, za nią zapewne jest duża farma z terenem prywatnym. Na mapie zaznaczony jest wprawdzie wyjazd w pobliżu restauracji Mosuna, jednak zamyka go solidny szlaban z wielka kłodką. Na miejscu tłumaczą, że to pasterze zamykają drogę i oni nie maja kluczy. Po prostu ktoś im kradnie owce. Patrzę na palenisko na którym piecze się baran i nie dziwie się że nie zostawiono im możliwości otwarcia bramy…

 

 

Po swoich śladach wracamy i szukamy ciekawych miejsc w stolicy wyspy. Jakie jest Krk? W oczy rzuca się tu gęsta zabudowa starego miasta, zajmująca obszar w kształcie nierównomiernego okręgu, tuż przy morzu. Jednakowe, jasne elewacje i czerwone dachy tworzą spójny, historyczny krajobraz. Wiele polskich włodarzy miast patrząc na panoramę Krk mogłoby pozazdrościć Chorwacji dbałości o detale krajobrazu. Brak tu natrętnych reklam, w obrębie centrum nie ma budynków, które by do siebie rażąco nie pasowały, a wokół starówki dominują wysokie drzewa, podkreślające śródziemnomorski klimat.

 

 

Ostatnie chwile spędzone na wyspie to małe zatoczki w zachodniej części wyspy. Zajrzymy jeszcze do malutkiego, kamiennego kościoła Sv Kresevana z XII w. Po przebyciu szutrowego, lesistego  szlaku znajdujemy budynek w stylu romańskim, z grubymi, kamiennymi murami o prawie fortyfikacyjnym przeznaczeniu, z małymi strzelniczymi otworami w kształcie krzyża. Należał do klasztoru benedyktynów św. Mihovil w Krku, a źródła podają, że przestał być używany w drugiej połowie XVI wieku.

 

 

Noc znajdzie nas jednak w Glavotoku położonym w najbardziej na zachód wysuniętym punkcie wyspy. Nie szukaliśmy tego miejsca specjalnie. Po prostu chcieliśmy jeszcze chwile posiedzieć nad morzem z widokiem na czerwień nieba i akurat droga powiodła do tego miasteczka. Co znaleźliśmy oprócz przystani na której przyjemnie było posiedzieć w ostatnich promieniach słońca? Miejscowość która w XIV w. należała do szanowanego rodu z wyspy Krk – Frankopanów. Podarowali oni to miejsce w XVw.  franciszkanom (głagolaszom). Potem przez chwilę byli tu także paulini. Glavotok jest znany też ze starochorwackiego kościółka Niepokalanego Poczęcia z XIII wieku. Miasteczko rozwinęło się dopiero na początku XX wieku wokół klasztoru.

 

 

Cres

Promy na sąsiednią wyspę nie kursują zgodnie z internetowym rozkładem. Taka konstatację poczyniliśmy w oczekiwaniu na przystani. Na szczęście to prom wahadłowy, można zawsze poczekać na następny… Podróż trwa około 30 minut. Auto osobowe z trzema osobami to koszt 141 kn, chyba że w kasie dopatrzył się ktoś że Hilux to całkiem spore auto i wówczas opłata wychodziła prawie 200 kn.

 

 

Na stolicę wyspy, popatrzymy na razie z daleka, z wysokości szutrowych szlaków po drugiej stronie zatoki. Droga jest fantastyczna, z widokami na adriatyckie wybrzeże i prowadzi aż do małego miasteczka Valun. Tu już ruch samochodów jest zabroniony i auta trzeba zostawić na parkingu przed miasteczkiem. Pieszo więc odkrywamy tutejsze skarby. Poza kościołem św. Marka i Tablicą z Valuna (Valunska ploča) z XI wieku znajdziecie tu jeszcze Lapidarium zabytków głagolicy na tarasie restauracji, w którym można zobaczyć kopie najstarszych zapisów głagolicą z terenu Istrii, Kvarneru i Dalmacji. Miasteczko jest bardzo przyjemne, niezbyt zatłoczone i ma do dyspozycji dwie plaże dla tych co potrzebują schłodzić się w letnim upale a gorąco tu jest bardzo.

 

 

Kolejna niespodzianka to Lubenice, miejsce gdzie znów zaprowadził przypadek. Przydrożna tablica z informacją o muzeum owczarstwa zapachniała serkami i owczym mlekiem. Jechaliśmy w jego poszukiwaniu dobrych kilka kilometrów. Na końcu drogi czekało miasteczko zbudowane na urwistym brzegu wyspy (378m). Wąziutkie uliczki, niskie kamienne domki z obronnymi bramami i strzelnicami, obsadzone figowcami. W większości opuszczone, już tylko w nielicznych domach mieszkają staruszkowie. Jest też poszukiwane muzeum owczarstwa. Ekspozycja bardzo skromna i niestety brakuje w niej… owiec. Wynagradzają to wspaniałe widoki. Gdzieś tam paręset metrów poniżej znaleźć można Plava Grotę. Dla fanów historycznych pamiątek mamy tu mury obronne otaczające osadę, gotycki kościół św. Antoniego z XV w. przy ryneczku i – poza murami – kościół św. Mikołaja z XIV-XV w.

 

 

Chorwacja kojarzy się z gwarantowana pogodą. Jednak nie zawsze o czym świadczy zaokienna ulewa. Jedziemy wiec po prostu na południe najdalej jak się da. W zapadalnych szybach miga Osor, rozłożony na kanale pomiędzy Cres i Mali Losni, potem kolejne miejscowości, w tym stolica wyspy za którą droga faluje w górę i w dół by dotrzeć na sam kraniec. Deszcz, pioruny, ulewa. Zawracamy u celu w efektownych fajerwerkach z rozbłysków.

 

 

W drodze powrotnej pogoda pozwala na wyjście z auta. Będzie wiec chwila w mijanym wcześniej Osorze. Kiedyś najważniejsze zaraz po Puli miasto tej części Adriatyku a to dzięki portowi i kanałowi pomiędzy wyspami. Przesmyk wykopany przez Rzymian obecnie spięty jest zwodzonym mostem, otwieranym zaledwie dwa razy dziennie, (9:00 i 17:00). Samo miasto miastem już nie jest. W czasach antycznych zamieszkiwane przez 20 000 ludzi. Dziś zaledwie 80 osób. Spacerując w uliczkach i w śród okolicznych ruin docenić można jak duże i ważne było niegdyś. Zachowane mury zbudowane z dużych kamieni o nieregularnych kształtach, pochodzące z czasów greckiego panowania nad wyspami Adriatyku (IV w. p.n.e.), gotycki kościół św. Gaudencjusza z XIV, Stary Ratusz Miejski z XVw, Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny autorstwa prawdopodobnie słynnego architekta Jurija Dalmatinaca wybudowany 1498 roku i do 1818 roku niegdyś o statusie katedry, reliefy przedstawiające lwa świętego Marka na bramach północno-zachodniej i południowo-zachodniej murów obronnych Osoru, pozostałości po czasach panowania Wenecjan w XIV wieku. I wiele innych…

 

 

Tu skończył się pierwszy dzień naszej podróży po wyspie Cres. Prom zabrał nas na Istrię i pozostawił niedosyt, że chciało się zobaczyć więcej. Po kilku dniach wróciliśmy więc tu jeszcze raz, chociażby po to żeby zabrać kamyk na szczęście. Podobno tutejsi marynarze starają się mieć taki z tej wyspy, bo chroni przed wężami i innymi nieszczęściami. Źródłem tego zwyczaju jest fakt że nie ma absolutnie żadnych jadowitych węży. Z promu w Porozina jest tylko jedna droga na południe, która prowadzi do stolicy wyspy. Po kilku kilometrach porzucimy jednak wygodną szosę i poszukamy przygody w głębi wyspy. Wystarczy skręcić po prostu w pierwszą szutrową drogę w bok. Mapy OSM, sugerują że tak dostaniemy się do miasteczka Beli. Trasa jest fantastyczna, nawierzchnia tym razem nie pogryzła się boleśnie z oponami co cieszy ponieważ nie mamy więcej zapasowych kół.

 

 

Beli

Przewodnik przedstawia to miejsce jako zamieszkiwane już od 4 tys. lat a dzięki dogodnemu usytuowaniu w czasach antycznych miasto było ponoć jednym z najbardziej zaludnionych na tej części wybrzeża. W tych czasach nazwano je Caput Insule (głowa wyspy). Obecna nazwa pochodzi podobno od króla Węgier i Chorwacji Beli IV, który schronił się tu po najeździe Tatarów na początku XIIIw. Dzisiejsze miasto-muzeum zachowało średniowieczny wygląd i przyjemnie jest przespacerować się wśród klimatycznych, wąskich uliczek w kierunku na rzymski most, który jest jedynym takim zachowanym obiektem w tej części wybrzeża Adriatyku. Jedynym kłopotem jest parking. Pomimo że chętnych na zwiedzanie nie ma wielu to jednak zaledwie kilka miejsc dla aut to zdecydowanie za mało. Większość osób i tak jedzie do położonego u podnóża miasta campingu, gdzie znajdą plażę i bary a do miasta podjadą turystyczną kolejką.

 

 

Cres

Stolicę wyspy objechaliśmy już wcześniej obserwując jej zabytkowe centrum ze wzgórz po drugiej stronie zatoki. Pełno tam szutrowych dróg wprost wymarzonych dla tych którzy myślą o zjechaniu z głównego traktu na ścieżki przygody. Tym razem jednak szybka, asfaltowa trasa doprowadzi naszego Hiluxa tuż pod zabytkową bramę miasta które od 1459r. jest administracyjnym centrum wysp Cres i Losinj. Na obecnym kształcie miasta największe piętno odcisnęła Republika Wenecji która rządziła w tym rejonie od XVw. aż do końca XVIII w. Ślad tej obecności to chociażby wenecki lew na bramie.  Samo miasto i port ma typowy, włoski klimat i architekturę. Warto zobaczyć zegar miejski, pałac Arsan, kamienicę z filarem hańby, klasztor Franciszkanów oraz Kościół św. Franciszka.

Port, który otacza małą zatoczkę wypełniają szczelnie restauracyjki, jedna obok drugie. I wszystkie puste. Czy to pora dnia, czy to taki zły czas pandemii strachu przed Sars-cov-2. Nie wiem.

 

 

Cres w każdym razie wydaje mi się najprzyjemniejszym miejscem gdy chce się zjechać z głównej drogi w poszukiwaniu nieznanego, po na kamienistych szlakach. O ile Krk podzielona jest płotami za zakazami, tutaj asfaltów jest naprawdę niewiele. A ludzie mieszkający w  zagubionych wioskach na wybrzeżu lub w gdzieś w głębi wyspy maja swoje drogi, którymi warto pojechać, warto zobaczyć to wszystko co czego nie widać z plaż w kurortach.

 

Istria

Prom z Cres wypluwa auta wprost na wybrzeże w miejscowości Brestova. Pomimo wakacyjnej pory czas mamy taki że bardzo wielkiego tłoku nie ma ale pokład nie jest też zupełnie pusty. Co zamierzamy robić na półwyspie, który określany bywa jedną z gwiazd chorwackiej turystyki?  Cóż, miejsce to dzielone bywa na dwie strefy: błękitna zawierającą wszystkie atrakcje i uroki wybrzeża oraz zieloną, wewnątrz lądu, z lesistymi wzgórzami, polami oraz miasteczkami często posadowionymi na szczytach wzgórz. Nie, nie objechaliśmy całego półwyspu. Większość z tego co wymarzyło nam się zobaczyć zawierała się pomiędzy miastami Buzet, Pazin, Motovun i Boljun. Z uroczego domku na wzgórzu, w sąsiedztwie zamku z tej ostatniej miejscowości wyruszamy na wąskie chorwackie drogi szukając miejsc niezwykłych. W Boljun nie mieszka wiele osób, sporo budynków domaga się też remontu. I tak jest w wielu małych miasteczkach posadowionych obronnie w tym rejonie.

 

 

Nie inaczej jest w rozreklamowanym ostatnio Hum. Zamieszkiwane przez zaledwie 23 osoby zyskało sławę dzięki alei z głagoliaszy, czyli 11 pomnikami ustawionymi wzdłuż drogi ku miejscowości

 

 

Nie inaczej jest i w Draguć, które ze względu na włoskie korzenie na tablicach informacyjnych widnieje także jako Draguccio.  Na ścianach inskrypcje czy nagrobki na pobliskim cmentarzu świadczą jak wielkie związki miał ten obszar z Italią. W najnowszej jego historii o władzę nad Istrią rywalizowały Wenecja i Austria. Włosi przejęli ten teren w 1918 roku i władali nim do 1945 gdy partyzanci Tito zamordowali tu około 5 tys. Włochów, co spowodowało masowy exodus. Do końca lat pięćdziesiątych mniej więcej ćwierć miliona osób, należących w większości do włoskiej grupy etnicznej, opuściło Istrię a na ich miejsce przybyli migranci z innych krajów Jugosławii.

 

 

Perełką za to jest miasteczko Motovun  Ta klimatyczna, średniowieczna miejscowość położona na szczycie wzgórza zabudowują ładne i zadbane kamieniczki. I zupełnie inaczej niż w innych miejscowościach – tętni życiem. Czy to może ze względu na niesamowite widoki które obejrzymy gdy wespniemy się po stromej drodze na samą górę, czy na rozciągające się poniżej winnice w dolinie Mirny. A może las św. Marco, który jest znany jako największe siedlisko białej trufli? Od końca XIII w aż po schyłek XVIII cały ten obszar należał do Wenecji. W czasach późniejszych do monarchii austro-węgierskiej która korzystała z jego lasów do budowy swojej floty.

 

 

Oczywiście w tym rejonie znaleźć można i większe miasta ale nie takich klimatów tu szukaliśmy. Tak więc na Buzet, malowniczo położony na stromym wzgórzu popatrzymy tylko z daleka. Jedynie Pazin planowaliśmy koniecznie zobaczyć a to ze względu na fakt, że znajduje się tu zamek którego początki sięgają X w. i z którego można było kontrolować krzyżujące się opodal drogi z całej Istrii. Pazin w średniowieczu był bardzo ważnym regionem. Jego właścicielami byli hrabiowie z Niemiec, po których pozostały płyty nagrobne umieszczone na ścianie szczytowej zamku. Wymieniają one nazwiska Eppenstein, Andechs, Wittelsbach, Gorz. W XVI w. książętom tym było podporządkowanych 25 gmin wraz z okolicznymi terenami. Dawny blask miasta jednak przeminął i nie powrócił. Dzisiaj Pazin jest niewielką osadą przemysłową z większością szkół w regionie. Spacerując jego ulicami doświadczyć można tego opuszczenia i zaniedbania niegodnego stolicy półwyspu.

 

 

Jednak ta cześć Chorwacji to nie tylko zabytkowe mury. W zielonej części wyspy, w okolicach miasta Buzet wart odwiedzenia jest kanion nazwany od miasta Buzetskim. Latem upał i brak wody odbiera jego najważniejszą atrakcję, potoki fantastycznie rozbijającej się w wodospadach wody. Jednak i bez tego warto tu przyjść i zobaczyć strome, szare skały, które doceniają najbardziej ludzie zajmujący się wspinaczką.

 

 

Kolejne przyrodnicze atrakcje to Slap Sopot oraz Zarecki Krov. Wyglądają podobnie. Skalna półka z której sączy się woda, latem w niezbyt wielkiej ilości. Ciekawe, że przez ten pierwszy prowadzi droga, teoretycznie dostępna (brak zakazu). Nad wodospadem przejechać by można autem (jest most) jednak w nie najlepszym stanie. Zatecki Krov jest bardziej efektowny a to ze względu na sam swój kształt. Skała po której płynie woda nie urywa się tu tradycyjnie pionowo w dół tylko została podmyta na kształt ogromnej półki.

Slap Sopot

Zarecki Krov

 

Przemykając bocznymi drogami poszukujemy miejsc mniej oczywistych, na uboczu. Jednym z nich będzie winnica Bažon. Zostawimy auto pod skromnymi zabudowaniami i szukamy właścicieli. Znajdziemy ich zajętych częstowaniem napitkami wcześniej przybyłą grupę. Gdy wyjdą i my posmakujemy atrakcji wytwarzanych z lokalnych winogron, wiele z nich zabierzemy też do domu.

 

 

Będąc na Istrii po prostu nie wpadało zajrzeć do miasta z długą historią i cennymi zabytkami jakim jest Pula. Pomimo tego że jest to najbardziej znaczące miasto regionu, nie jest stolicą administracyjną wyspy (ten tytuł należy się wspominanemu już Pazinowi). Jest to miasto portowe, bardzo industrialne ale ma to bez czego zobaczenia nie chcieliśmy stąd wyjeżdżać – rzymskie zabytki czyli amfiteatr z I w. świątynia Augusta i Romy, Łuk Sergiusza Sewera i wiele innych.  Gdy przez całe dnie człowiek włóczy się gdzieś zagubiony w zieleni Istrii ciekawym doświadczeniem jest zderzenie się z ulicznym tłumem wypełniającym uliczki miasta. Zapewne latem zwykle ludzi jest jeszcze więcej, jednak teraz w wyniku covidowej paniki nie ma przesady. I nawet można wygodnie zaparkować w centrum.

 

 

Współczesny wygląd miasta to efekt XIX boomu. Zbudowano wówczas stocznie, pierwsze zakłady przemysłowe, fortyfikacje, uruchomiono komunikację kolejową, a arystokracja zaczęła przyjeżdżać tu w celach rekreacyjnych. Pula stała się ważnym portem handlowym i wojskowym, a po 1866 r. główną bazą marynarki wojennej Austro-Węgier. Przez miasto wówczas jeździł tramwaj, którego linia wiodła również pod wzgórzem, na którym rozłożyła się twierdza. Obecnie w tunelach urządzona jest wystawa przedstawiająca tamte czasy.

Na wybrzeżu marzenia ciągną jeszcze ku architektonicznej perełce, uznawanej za jedno z piękniejszych miast nie tylko w tym regionie, ale również w całej Chorwacji, czyli Rovinj. Bywa ono określane mianem chorwackiego Saint Tropez. Jego największą atrakcją jest starówka. Koncentruje się na stosunkowo niewielkiej powierzchni, na terenie cypla z niewielkim wzgórzem. Niegdyś w całości otoczona była murami i prowadziło do niej siedem bram. Tych ostatnich do naszych czasów zachowały się tylko trzy. W obrębie starówki zobaczyć można sporo smukłych kamienic o różnokolorowych fasadach. Pomiędzy nimi wiją się naprawdę wąskie uliczki wspinające się ku szczytowi wzgórza, na którym wznosi się kościół św. Eufemii.

 

 

W drodze niespodzianka. Niedaleko głównej trasy zbudowano kilka domków, które są charakterystyczne dla tutejszej okolicy. Nazywa się je Kazun i wyróżniają się okrągłym kształtem oraz kamiennymi stożkowatymi dachami. Podobno do dziś zachowało się na Istrii około 5000 takich domków, z czego 2-3 tys. z nich znajduje się w okolicach Vodnjanu. Są przykładem tradycyjnego schronienia, wykorzystywanego głównie przez chłopów i pasterzy, zbudowanego z samego kamienia, bez żadnej zaprawy murarskiej. Charakterystyczne dla tego regionu są też mury budowane w ten sam sposób. Obok miejsca gdzie domki są prezentowane dla turystów biegnie szutrowy szlak wśród kamiennych murków. To wystarczająca zachęta by poszukać tych prawdziwych kazunów wśród kamiennego labiryntu dróg. I rzeczywiście, na bardzo wielu polach takie domki zobaczymy, są jednak zamknięte ogrodzeniami, wiec najbardziej dokładnie obejrzeć można te konstrukcje wykonane dla turystów.

 

 

I to już koniec. Pożegnamy Istrię i małe, sympatyczne Bojun. Następnego dnia z całą prędkością na jaka pozwala autostrada pomkniemy w kierunku domu.

TRASA DO POBRANIA

CZYTAJ TEŻ